Najpierw chcę słuchać

Biskup nominat Andrzej Iwanecki o posłuszeństwie, wspieraniu ruchów odnowy Kościoła, śląskim dziedzictwie i dotknięciach Boga przez ludzi, których nam posyła.

Reklama

Diecezja gliwicka powstała z wydzielenia części diecezji opolskiej i katowickiej. Jak łączą się te dwie tradycje w rzeczywistości Kościoła gliwickiego?

Kiedy 25 lat temu powstawała diecezja, byłem wikarym w Strzybnicy i bardzo ucieszyłem się, że drugim wikarym został tam ks. Eugeniusz Bill z dawnej diecezji opolskiej. Uważałem to za bardzo cenne doświadczenie. W ten sposób lepiej poznawaliśmy się wzajemnie, mogliśmy porównać różne doświadczenia seminaryjne czy diecezjalne. Starałem się zawsze szukać tego, co w każdej z diecezji jest wartościowe. Wydaje mi się, że naszym wspólnym mianownikiem jest także szeroko pojęta mentalność śląska.

Patrząc z perspektywy tych 25 lat możemy już zobaczyć, co się udało, a co w diecezji jest dla nas wyzwaniem?

Nowy podział Kościoła w Polsce miał sprawić, żeby biskup był bliżej ludu, ale też żeby ludzie mogli być bliżej siebie nawzajem. Żeby mieli możliwość lepszego wzajemnego poznania, spotkania, budowania więzi. Nie gubimy się wtedy w wielkim, nierozpoznawalnym tłumie. Kiedy mamy ze sobą bliższy kontakt, łatwiej też zadbać o to, co jest naszą wspólną sprawą, czyli o diecezję. Pojawia się pytanie, czy Kościół diecezjalny dobrze służy ludowi na tym terenie. Pozytywnym aspektem tych 25 lat jest na pewno budowa nowych kościołów. Pamiętam, jak kiedyś moich gości z zagranicy, którzy opowiadali o zamykaniu u nich kościołów, zawiozłem do kolegi, który właśnie go budował. Cieszyłem się, że mogłem dać takie świadectwo – że w naszych czasach ludzie z poświęceniem budują świątynie, a nie pozbywają się ich.

A w jakim obszarze mamy najwięcej do zrobienia?

Do tej pory moje myślenie, chociaż otwarte na Kościół diecezjalny, skierowane było na potrzeby lokalne. Teraz muszę poszerzyć tę perspektywę. I najpierw chciałbym jak najlepiej poznać, jakie potrzeby są w różnych miejscach, i co ja mógłbym zrobić, jak mógłbym tam służyć. Chcę najpierw posłuchać wikarych, proboszczów, dziekanów i dzięki temu lepiej zorientować się, jaka jest kondycja Kościoła diecezjalnego w różnych miejscach. My dzisiaj wchodzimy w dzieło wypracowane przez naszych poprzedników. Nie jesteśmy jakimiś odkrywcami, jesteśmy zanurzeni w dziedzictwie biskupów i kapłanów naszej śląskiej ziemi. Wspominam tu też swoich proboszczów. Wszyscy już dzisiaj nie żyją. W ostatnim czasie miałem okazję modlić się nad grobem każdego z nich.

Od spotykanych na różnych etapach życia kapłanów można uczyć się tego, jak być dobrym księdzem?

Spotkałem na swojej drodze bardzo wielu wspaniałych kapłanów, którzy wywarli wpływ na moje życie. Kiedy byłem klerykiem, jednym z nich był ks. Tadeusz Skrzypczyk, odpowiedzialny za wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym w mojej rodzinnej parafii Świętego Krzyża w Siemianowicach Śląskich, z którą byłem związany. Pracowałem wtedy na kopalni, bo w czasie seminarium przechodziliśmy staż pracy. Bp Herbert Bednorz postanowił, żeby klerycy przerywali studia na rok i ten czas poświęcili na pracę wśród ludzi, do których potem pójdą. Poznawałem realia pracy, ale też uczyłem religii, byłem zaangażowany w parafii i uczestniczyłem w spotkaniach modlitewnych. A ks. Tadeusz był, można powiedzieć człowiekiem permanentnej modlitwy. Kiedyś spotkałem go późno wieczorem, a tego dnia nie mogłem być na Mszy św. Kiedy się o tym dowiedział, poszedł po klucz, otworzył kościół, podszedł do tabernakulum i dał mi Pana Jezusa. To było dla mnie bardzo duże przeżycie.

Przypominam sobie też inne, podobne wydarzenie, kiedy jako kleryk jechałem w góry na rekolekcje oazowe. Akurat było to w niedzielę. Po drodze, w miejscowościach gdzie miałem przesiadki, wszędzie było już po Mszy św. Na miejsce dotarłem bardzo późno. Był tam ks. Stanisław Gawlas, dziś już świętej pamięci. Kiedy dowiedział się, że nie byłem na Eucharystii, odprawił ją tylko dla mnie. To były takie dotknięcia Pana Boga, dzięki którym możemy przeżyć prawdę, że jesteśmy osobiście potraktowani i osobiście kochani przez Niego. A czyni to przez ludzi, daje nam odczuć swoją obecność przez tych , których do nas posyła. A to znaczy też, że każdy z nas może być człowiekiem objawiającym innym Pana Boga.

Dlatego powinniśmy być bardzo uważni na codzienne, zwykłe spotkania?

Dla kogoś wierzącego wszystko, co go w życiu spotyka, może być znakiem Pana Boga, a ktoś, kto jest zamknięty na Jego obecność albo Mu jeszcze nie ufa, nie zauważy Go nawet w wielkich cudach. Ale jeśli nosimy w sobie choćby minimalną otwartość, to Boże światło może do nas dotrzeć i rozświetlić naszą ciemność. Jeśli jestem zamknięty, a Bóg przecież nie jest włamywaczem, wtedy nie doświadczę tego. Ta delikatność Boga zawsze mnie fascynowała. Nie „obnosi się” z tym, że ciągle nam pomaga. Czeka, aż sami to odkryjemy, a to może trwać latami. A czasem ktoś może odkryje to dopiero w wieczności.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6