Gdy lekarz żałuje aborcji...

Dla części lekarzy przerwanie ciąży to zwykły zabieg. Inni cierpią. Choć w ukryciu.

Reklama

W dyskusjach o przerywaniu ciąży najczęściej opisuje się trójkąt: matka, ojciec i zabite dziecko. Bardzo rzadko dodając, że za „zabiegiem” kryje się też personel medyczny. Lekarze, położne, pielęgniarki. O ile jednak temat położnych, które cierpią z powodu aborcji, wybrzmiewa, o tyle o lekarzach mówi się niewiele. Sami zresztą, z niewielkimi wyjątkami, rzadko chcą głośno mówić o swoich doświadczeniach i szpitalnych przeżyciach. A już absolutnym tematem tabu jest cierpienie po dokonanych zabiegach. Zarówno w środowisku, jak i w przestrzeni publicznej. Dlaczego? Czy można mówić o syndromie aborcyjnym u lekarzy ginekologów? A jeśli tak, to kogo dotyczy i jak się objawia?

Jak wymazać z pamięci?

Doktor Krystyna jest ginekologiem-położnikiem z prawie dwudziestoletnim stażem. Prosi, by zmienić jej dane osobowe, bo mimo że w szpitalu, w którym pracuje, pozwolono jej nie dokonywać aborcji, publiczne mówienie o syndromie aborcyjnym lekarzy „może wywołać niepotrzebne emocje”. – Nigdy nie robiłam zabiegów, choć kiedyś podchodziłam do sprawy dość bezrefleksyjnie. W szpitalach aborcje obserwowałam z dystansu, trochę jak „nie mój problem” – opowiada. – Kończyłam specjalizację, wiedziałam, kto wykonuje zabiegi legalne w moim szpitalu. Wiedziałam też, kto robi je poza szpitalem, nielegalnie. Pewien lekarz żył z tego i świetnie mu się wiodło. Mówił innym: „Jeśli skierujecie do mnie, płacę”. Czyli „odpalał” jakąś część pieniędzy. Wydawało mi się to dość obrzydliwe...

Do czasu. Do doktor Krystyny przyszła znajoma pacjentka. Była w pozamałżeńskiej ciąży. Prosiła o „pomoc” i „rozwiązanie problemu”. „Problem” na obrazie USG miał już małe ręce i nogi, i był zdrowy. – Pacjentka wiedziała, że nie robię aborcji. Próbowałam namówić ją do zmiany decyzji, ale nie chciała słuchać. W końcu zagroziła, że jeśli nie podam jej „porządnego adresu”, to wykona zabieg u jakiegoś „rzeźnika” i stanie jej się krzywda. Podałam namiary na mojego kolegę. Starałam się przekonać samą siebie, że postąpiłam słusznie.

Po kilku dniach ta sama pacjentka przyszła do szpitala na zabieg oczyszczenia macicy po poronieniu. – Musiałam ją przyjąć. Na USG tym razem zobaczyłam ciemność. Kilka dni wcześniej fikało dziecko. Do dziś pamiętam, a minęło wiele lat, jak wyglądała wtedy pacjentka, jak była uczesana i w co ubrana. I pamiętam, że dziecka w jej brzuchu już nie było…

Ten widok i wstrząs pani Krystyna próbowała przez długi czas wymazać z pamięci. – Wyparłam to. Nie chciałam myśleć. Tamten widok i cała sprawa wróciły z mocą kilka lat temu. Może miało na to wpływ urodzenie własnego dziecka, a potem drugiego… – zastanawia się doktor Krystyna. – Przypominam też sobie szokującą rozmowę z lekarzem, który kierował na zabiegi do innych specjalistów, jednocześnie przyznając: „Co z tego, że nie robię sam? Kieruję. To tak samo, jakbym skrobał”.

Pani Krystyna nie zdecydowała się na rozmowę z psychologiem. Nawet wtedy, gdy obraz z USG wracał do niej bardzo często. Wybrała spowiedź. Dopiero trzeci ksiądz zrozumiał, w czym problem. Poprowadził spowiedź generalną i wyspowiadał tak jak z przeprowadzenia aborcji. – Dopiero wtedy uzyskałam spokój sumienia, choć często myślę o tej matce i jej dziecku. Kiedyś, po śmierci, zobaczę je. Nie wiem, co mu powiem…

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10