Jak ogień po buszu

– Jeślibym się zgodził, powiedzieliby, że misjonarz ma słabsze moce i że Bóg misjonarza jest słabszy od szamana – mówi o. Szabłowiński.

Reklama

Pieniężno, gdzie swój dom zakonny mają ojcowie werbiści, od lat jest kolebką i szkołą powołań misyjnych. Mieszkańcy tego domu wyjeżdżają do najdalszych zakątków świata. Świadectwem tego są choćby eksponaty, które znajdują się w tamtejszym muzeum. Jednak najbardziej pasjonujące i fascynujące są opowiadania o pracy na misjach. 

Poszukiwanie wspólnoty

Ojciec Zenon Szabłowiński jest werbistą i pochodzi z Warmii. Jego rodzinną parafią jest Bisztynek. Mieszkał z rodzicami w małej wiosce, oddalonej od kościoła parafialnego o 3 km. Wyraziste znaki powołania do stanu kapłańskiego pojawiły się dopiero w szkole średniej. – Uczyłem się w technikum elektronicznym w Olsztynie. Mieszkałem przez pierwsze dwa lata na stancji i chodziłem do kościoła na Likusach. Tam też odbywała się katecheza. Chodziłem bardziej z obowiązku. To był czas utrzymywania fundamentów, nie było rozwoju duchowego – wspomina tamte czasy ojciec Zenon.

Wszystko się zmieniło, gdy kapłan przeniósł się do internatu, gdzie poznał Mirka Lango i Sławka Małkowskiego. Obydwoje są dziś kapłanami, jeden w archidiecezji warmińskiej, a drugi w diecezji elbląskiej. – Zachęcili mnie do udziału w katechezie, która odbywała się przy parafii  św. Jakuba w Olsztynie. Prowadził ją ks. Ryszard Andrukiewicz i robił to w inny sposób. Starał się odpowiadać na pytania, które mnie nurtowały. Znał problemy młodzieży i odwoływał się do tego, co młodzi przeżywali – mówi werbista. Na początku czwartej klasy duszpasterz z olsztyńskiej konkatedry zaproponował uczniom udział w kursie modlitwy. Młodego Zenona pomysł ucieszył. Zapisał się. Potem wstąpił do Ruchu Światło–Życie, aż odkrył powołanie kapłańskie.

– Najpierw zastanawiałem się, czy nie zostać księdzem diecezjalnym razem z Mirkiem i Sławkiem. Pojechałem na rekolekcje do seminarium. Jednak zauważyłem, że jest tam bardzo indywidualne podejście, a mnie chodziło o działanie w grupie, która przecież może więcej osiągnąć. Gdy masz wsparcie od innych, to idziesz jak ogień po buszu. Pomyślałem, że poszukam czegoś innego – mówi o. Zenon Szabłowiński. Jeden z kolegów z internatu pewnego wieczoru opowiedział mu o werbistach. Znał ich, gdyż pochodził z Pieniężna. – Pomyślałem, że to jest wyzwanie – być zakonnikiem i wyjechać na misje. Jeśli poświęcić się dla Boga, to w pełni. Byłem bardzo radykalny. Pojechałem do księży werbistów i od pierwszego momentu wiedziałem, że to jest moje miejsce – mówi. Obecnie ojciec Zenon od wielu lat pracuje w Papui-Nowej Gwinei.

Dziewczyny, do szkoły!

Właściwie pierwotnie miał wyjechać do Ghany, ale sytuacja polityczna na to nie pozwoliła. Okazało się, że Papua-Nowa Gwinea zgłosiła chęć przyjęcia grupy kleryków, do której należał wtedy Zenon,  na praktyki duszpasterskie. To był pierwszy kontakt z tym krajem. Po święceniach i dwuletniej pracy w Polsce młody werbista w roku 1998 znalazł się tam znowu i pozostał do dziś. – Miałem w tym czasie jedną przerwę na studia doktoranckie, które odbyłem w Australii – opowiada o. Szabłowiński.

Na pytanie o różnice między Kościołem w Papui-Nowej Gwinei i w Polsce odpowiada, że wszystko jest odmienne. – Inna kultura, inna ludność i inny styl duszpasterski. Nawet Boże Narodzenie w gorące lato jest przeżywane odmiennie – uśmiecha się o. Zenon.  Kapłani, których większość jeszcze stanowią misjonarze, mają wiele wyzwań związanych z tubylczą tradycją i wierzeniami. Jednym z nich jest na przykład poligamia. Najczęściej zarezerwowana jest dla szefów wiosek i bogatych ludzi. – Jeśli jakiś chrześcijanin jest poligamistą, to nie przystępuje do sakramentów. Druga żona, w przypadku polityków, jest podnoszeniem prestiżu. Wtedy wszystko się komplikuje.

Kolejnym wyzwaniem jest niska ranga kobiety w tamtejszym społeczeństwie. Kobieta była zawsze związana z pracami domowymi i doglądaniem ogrodu. Ogród jest poletkiem uprawnym, z którego utrzymuje się cała rodzina. Kobiety muszą nosić owoce ziemi do domu i na targ. Muszą też się zajmować dziećmi – wyjaśnia werbista.  Dziewcząt nie kształcono, ponieważ istniało przekonanie, że powinny one być cały czas w wiosce. Tylko mężczyźni byli wysyłani do szkół. Trwało to przez dekady, lecz powoli się zmienia. Napływające z zagranicy dotacje połączone są z określonymi wymaganiami, które trzeba spełnić. Jednym z nich jest równouprawnienie. Można dostać dotacje na wybudowanie nowej szkoły, ale połowę uczniów muszą stanowić w niej dziewczęta. W ten sposób pieniądze wpływają na zmianę obyczajów. 

– Kiedy pracowałem w parafii, odwiedziłem kiedyś kaplicę w buszu. Przyprowadzono do mnie dziewczynę i powiedziano, że jest to pierwsza z całej okolicy uczennica szkoły średniej – mówi o. Zenon. 

Ksiądz kontra szaman 

Zmiany, które obserwuje od lat polski misjonarz, postępują szybko. Przede wszystkim rozwijają się miasta. – Młodzi wyjeżdżają z wiosek do miast i przyjmują inne wzorce postępowania. Gdy wracają do domu, często nie przestrzegają ją już tradycyjnych zasad. Istnieją dwa autorytety, które mają siłę oddziaływania na ludzi. Z jednej strony jest wódz wioski, a z drugiej bogaty mężczyzna w mieście. I tak dochodzi do konfrontacji. Bogaty mężczyzna przychodzi do wioski, rozdaje dary i zabiega o głosy w wyborach. Wódz traci autorytet – mówi o. Zenon Szabłowiński. 

Można powiedzieć, że powstaje tygiel powiązań i oddziaływań. Jeśli jeszcze dodamy do tego działalność różnych sekt i wpływ pierwotnych wierzeń, sytuacja staje się bardzo skomplikowana. W tym wszystkim Kościół musi spełniać swoją misję, co wymaga rozeznania sytuacji i wyboru właściwych narzędzi duszpasterskich. A co z islamem? Czy jego oddziaływanie wśród mieszkańców Papui-Nowej Gwinei jest silne? – Wyznawców tej religii jest niewielu. Powód jest prosty i banalny: świnia to według tubylców najbardziej wartościowe zwierzę – mówi o. Zenon. 

Podstawowym sposobem ewangelizacji jest świadectwo. – Oni chcą zobaczyć w życiu to, o czym im opowiadamy. Gubią się, gdy ktoś głosi jedno, a postępuje inaczej. Na przykład gdy ewangelizator organizuje grupę modlitewną i każe się ludziom modlić, ale sam w tej modlitwie nie uczestniczy i siedzi sobie na plebanii. To ich zniechęca – mówi werbista.

– Kiedyś poszedłem do buszu. W połowie drogi zaczęła mi puchnąć noga. Doszedłem do kaplicy, gdzie była pielęgniarka. Nie miała wprawdzie żadnych lekarstw, ale stwierdziła, że to nic groźnego, i w ten sposób mnie uspokoiła. W dalszej drodze odwiedziłem pewną rodzinę, u której nocowałem. W pewnym momencie pojawił się szaman z dwoma mężczyznami i zagadał do głowy rodziny, że może mi pomóc w chorobie. Powiedział, że tylko odprawi swoje modły nade mną. Gwarantował, że od razu wyzdrowieję – mówi o. Szabłowiński.

Werbista się nie zgodził. – Byłby to zły znak dla tamtejszych mieszkańców. Wszyscy obserwowali bacznie moją reakcję. Jeślibym się zgodził, powiedzieliby, że misjonarz ma słabsze moce i Bóg misjonarza jest słabszy od szamana. Świadectwo jest najważniejsze – mówi o. Zenon. 

Ojciec Szabłowiński aktualnie zajmuje się pracą naukową w Instytucie Katolickim w Bomana. Przez sześć lat był dziekanem tej uczelni. – Ostatnio na pierwszym roku mieliśmy 119 alumnów  i 4 świeckich – mówi werbista. Choć większość kapłanów stanowią misjonarze z obcych krajów, to powoli przybywa lokalnych księży. W episkopacie 35 procent stanowią obecnie biskupi nowogwinejscy. Jednak pomoc ojca Zenona i innych misjonarzy jeszcze długo będzie potrzebna.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9