W Martin Coronado, czyli w „Maciaszkowie”

W środku lata ucieka do Polski przed zimą. Zabiera ze sobą zawsze mnóstwo przypraw i koszulkę z napisem Messi. Kiedy wraca, jego torba pęka w szwach od gadżetów z wizerunkiem ojczyzny.

Reklama

Ojciec Olaf Bochnak pochodzi z Sieniawy koło Raby Wyżnej i co kilka lat przyjeżdża na urlop w rodzinne strony. Tak jak w tym roku. – Bardzo miło wspominam czas dzieciństwa, choć głównie pomagałem wtedy rodzicom w gazdówce. Po raz pierwszy na wakacje wyjechałem dopiero po ósmej klasie. Rodzice zgodzili się, żebym pojechał do rodziny na Mazury – opowiada o. Olaf.

Do bernardynów ciągle go ciągnęło. – W Sieniawie było wiele powołań, a ja zawsze trzymałem się blisko parafii. Bardzo dobrze pamiętam śp. ks. proboszcza Tadeusza Kubowicza, któremu zależało na powołaniach kapłańskich. Jednak moja droga nie była taka prosta – opowiada zakonnik. Po podstawówce, którą skończył w 1985 r., za późno złożył dokumenty do szkoły w Nowym Targu. Trafił więc do Kalwarii Zebrzydowskiej, do niższego seminarium ojców bernardynów, jednak po liceum, które ostatecznie skończył w Radomiu, nie zaczął studiów z teologii.

Kawa na wysokościach

– Targowałem się z Panem Bogiem i stwierdziłem, że to jeszcze nie teraz. Rozpocząłem więc służbę wojskową w jednostce nadwiślańskiej. Ale z bernardynami dalej utrzymywałem kontakt. Oprócz tego dużo się modliłem, szedłem w pielgrzymce z Warszawy do Częstochowy, jeździłem na Krzeptówki – wspomina o. Olaf. W końcu młody góral podjął decyzję, że wybiera stan kapłański.

Po święceniach pracował w trzech parafiach i prowadził „spokojne życie duszpasterskie”. Wielki przełom nastąpił w 2005 roku. Usłyszał wtedy od swoich przełożonych, że potrzebny jest chętny do pracy misyjnej w Argentynie. Zaledwie kilka miesięcy po decyzji na „tak” o. Olaf wylądował w Buenos Aires. – Samolotem leciałem wtedy po raz pierwszy. Do dzisiaj wspominam smak kawy, którą wtedy piłem. Zamiast posłodzić, posoliłem ją, ale uznałem, że kawa na wysokościach tak musi smakować – śmieje się góral z Sieniawy.

Z lotniska odebrał go pochodzący z Nowego Targu o. Jerzy Jacek Twaróg i zawiózł początkującego misjonarza do Polskiego Ośrodka Katolickiego w Argentynie (a dokładnie – w Martin Coronado), nazywanego przez wszystkich „Maciaszkowem”. Przez ostatnich 12 lat o. Olaf pełnił tam różne funkcje. Obecnie jest gwardianem klasztoru. Jak przyznaje, praca tam do łatwych nie należy, a zakonnicy muszą mieć się na baczności, bo na duchownych w habicie często zdarzają się napady. Powodem jest panująca bieda – członkowie gangów na różne sposoby chcą zdobyć pieniądze na narkotyki. – Jednemu z ojców potrafili zabrać (na jego oczach!) bardzo stary rower – wspomina o. Olaf.

Grzechy i ryby

Lądując w Argentynie, o. Olaf miał świadomość, że nie zna ani słówka po hiszpańsku, który jest tam urzędowym językiem, ale już po kilku dniach zaczął dojeżdżać do kościołów objętych duszpasterstwem polskiego ośrodka i odprawiać w nich Msze św. Po hiszpańsku, rzecz jasna. – Dobrze, że przychodziła tam mała grupka wiernych, bo kiedy np. mówiłem: „Przeprośmy Pana Boga za nasze grzechy”, to rozumieli nie „grzechy”, tylko „ryby”! – śmieje się zakonnik. Na szczęście barierę językową szybko przezwyciężył, a wśród jego najbardziej wyrozumiałych nauczycieli były dzieci z sobotniej szkółki Polskiego Ośrodka Katolickiego.

Ojciec Olaf opowiada też, że bardzo lubi spotkania z wielopokoleniowymi rodzinami z polskimi korzeniami. Fala emigracji zakończyła się w Argentynie po II wojnie światowej. – Odwiedzamy 600–700 rodzin, zwykle od października do grudnia, w ramach nieformalnej wizyty duszpasterskiej, podobnej do polskiej kolędy. Ale trwa ona godzinami – przyznaje o. Olaf. Powód tego jest prosty: wszyscy chcą dużo opowiadać o swoich dziejach.

– To są niezwykłe świadectwa. Żyją jeszcze Polacy, którzy walczyli w armii Andersa. Spotkałem też panie, które znalazły się w grupie tzw. dzieci zapomnianych, wywiezionych przez Anglików. Inne osoby przeszły przez Syberię. To jest dla mnie bardzo wzruszająca lekcja historii. Potem jeden z ojców z naszego klasztoru spisuje to, co mu opowiadam – mówi o. Olaf i dodaje, że w każdym odwiedzanym domu zauważa polskie godło, krzyż i obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. – Ci ludzie traktują je z wielkim szacunkiem i zawsze podkreślają, że te symbole państwowe i religijne przywieźli ich dziadkowie albo pradziadkowie. Wszyscy też bardzo interesują się tym, co dzieje się w Polsce, i martwią się, żeby nasza ojczyzna nie popadła w jakiś kolejny konflikt, także wewnętrzny. Szczególnie przejmujące jest wołanie o pokój z ust żołnierzy Andersa, którzy walczyli o wolność kraju – opowiada bernardyn.

Przed powrotem na misje zakonnik zawsze musi zrobić małe zakupy, bo uczniowie z sobotniej szkółki czekają na gadżety z napisem: „Polska”. Z kolei do ojczyzny o. Olaf przywozi argentyńskie przyprawy (to dla dorosłych) i oryginalne koszulki z napisem „Messi” (dla najmłodszych górali).

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9