Farsz duchowy

Można go nazwać weteranem wśród pątników. Mówi, że ten czas daje mu wytchnienie i pozwala wymodlić się.

Reklama

Kurz opadł, bąble na nogach pątników się zagoiły i pozostały wspomnienia z 34. Pieszej Warmińskiej Pielgrzymki do Częstochowy. Przez kilkanaście dni kilkaset osób z Warmii pokonało ponad 400 km, aby ofiarować swoje intencje i zmierzyć się z wyzwaniem fizycznego trudu i duchowego wysiłku.

Wśród uczestników był ks. Tomasz Szałanda, proboszcz ze Stawigudy, który po raz 30. wyruszył na pątniczy szlak.

Mniej, a lepiej

Ksiądz Tomek uczestniczył w 3 pielgrzymkach toruńskich i 27 warmińskich. Jak zaczęła się jego przygoda? W roku 1987 poszedł do Częstochowy z grupą żółtą z Torunia, którą prowadzili ojcowie redemptoryści. – Podczas rekolekcji jeden z księży zaproponował mi udział w pielgrzymce i zdecydowałem się dołączyć do niego. To był wtedy inny świat. Grupa liczyła 800 osób, a mówiono, że to i tak mniej niż zwykle, bo zazwyczaj szło tysiąc – mówi warmiński kapłan.

Zwraca jednocześnie uwagę na anonimowość, jaka panowała w grupie. Doświadczenie ks. Szałandy pomaga mu porównać minione pielgrzymki z odbywającymi się obecnie. Dziś grupy liczą kilkadziesiąt osób, dawniej było to kilkaset. – Teraz, gdy poszczególne grupy są mniejsze, jest lepiej. Kontakt między pątnikami jest lepszy i można poznać właściwie wszystkich uczestników pielgrzymki. Mniej jest stresu organizacyjnego. Przemarsze są sprawniejsze. Kiedyś bywało, że dla ostatniej grupy nie pozostawało po drodze już zbyt wiele jedzenia, kiedy przeszły te pierwsze tabuny – wspomina ks. Tomasz. Uważa również, że „jakość” uczestników zmieniła się na plus. – W wielkich grupach było sporo typowych turystów, w małych prawie ich nie ma. Chodzi o osoby, które znalazły się na szlaku przypadkowo, nie wiedząc do końca, po co idą. Dziś jest to świadomy wybór – mówi.

Może jedynym minusem – jak przyznaje – są większe koszty za transport, ale to są sprawy drugorzędne.

Co ty robisz, człowieku?

Kapłan mówi, że w jego rodzinie tradycje pielgrzymkowe rozpoczął jego brat. – Ja jeździłem wtedy na oazy. Pojechałem z dziadkami na jeden z przystanków do Napiwody i zobaczyłem te pokiereszowane nogi i zmęczenie pątników. Powiedziałem wtedy do brata: „Co ty robisz, człowieku? Po co idziesz? To jakieś szaleństwo”. Jednak późniejsze doświadczenie pątnicze w grupie toruńskiej bardzo mi się spodobało – wspomina.

Co motywowało ks. Tomasza przez 30 lat do wyruszania na pielgrzymkowy szlak? – Odpoczywam psychicznie. Nie interesuje mnie godzina, dzień tygodnia. Kiedy mam wstać, wstaję, kiedy mam usiąść, siadam. Kompletny reset głowy. Drugi powód jest ważniejszy. Może to zabrzmi nieco banalnie, ale po prostu mogę się wymodlić. Niesamowicie „faszeruję się” duchowo – mówi stawigudzki proboszcz.

Program pielgrzymki wprowadza w rytm nieustannej modlitwy, która towarzyszy przez cały dzień. Śpiewy, Różaniec, konferencje i wiele innych form są stałą częścią każdego pątniczego dnia. – Dla mnie pielgrzymka jest chrześcijańskim życiem w pigułce. To, co w ciągu roku praktykujemy, na szlaku przeżywamy codziennie w pigułce.

Boży głos

Trudy pielgrzymki mają zarówno charakter fizyczny, jak i duchowy. Ksiądz Tomek w tym roku przeżył kryzys... pierwszego dnia. Po wysiłku przyjęcia pielgrzymów w swojej parafii i zorganizowania pożywienia dla nich, wyruszył na szlak. W miejscowości Piotrowice poczuł ogromna blokadę i zmęczenie. Nie mógł dalej iść. – Tak jakby ktoś mnie obuchem zdzielił. Ale przypomniałem sobie przeczytaną w internecie relację pewnego młodego chłopaka, który szedł pieszo z Warszawy do Medjugorja. Wtedy pomyślałem sobie: „Jeśli on mógł przejść tak daleką trasę, to ja tym bardziej mogę”. I wszystko puściło – mówi.

A trud proboszcza ze Stawigudy miał każdego dnia określony cel. Kapłan codziennie wyznaczał sobie jakąś intencję pielgrzymowania i umieszczał ją na Face- booku, aby parafianie o niej wiedzieli i w jakiś sposób z tym uczestniczyli. Każdego dnia można było przeczytać relację z danego etapu. Była modlitwa za rodziny, małżeństwa w kryzysie, parafian, biskupa, o powołania i wiele innych.

– Pewnego dnia modliłem się o jedność chrześcijan. Pomyślałem sobie wtedy: „Panie Boże, jak dobrze byłoby, gdybyśmy wspólnie spotkali się na Mszy św. i mogli wszyscy przyjąć Eucharystię”. Wtedy też pojawiła mi się w głowie taka myśl, natchnienie: „Ale nie na twoich warunkach”. Nie wiem, skąd się to wzięło. Później stało się to dla mnie mottem naczelnym całej pielgrzymki – uśmiecha się ks. Tomek.

Dojście do Częstochowy robi na pielgrzymach ogromne wrażenie. Dwutygodniowy wysiłek wydaje owoc wzruszenia i radości. Ksiądz Szałanda zawsze przeżywa dojście do klasztoru i widok jasnogórskich murów. To jednocześnie oznacza zakończenie pielgrzymki. Pierwsze dni w domu, po powrocie, nie są łatwe. Człowiek nie może znaleźć sobie miejsca. – Ale jest myśl, że za rok znów wyruszę na szlak – mówi kapłan.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7