Wiara jako podróż

To nie przypadek, że każda podróż zaczyna się od uczynienia znaku krzyża. Zamiast zrzędzić, że znów nie stać mnie na wspaniałą wakacyjną wycieczkę, kreślę się krzyżem i robię pierwszy krok.

Reklama

Pierwszych chrześcijan nazywano ludźmi drogi. Nawiązywano w ten sposób do słów Jezusa, który mówił o sobie, że jest prawdą, drogą i życiem.

Biuro Turystyczne Abraham

Najczęściej wymienia się dwa wzory podróżowania. Odyseusz podróżował poprzez wiedzę, Abraham nie wiedział, dokąd idzie, dlatego szedł poprzez wiarę. Ten pierwszy będzie miał mapę i kompas, ten drugi – ręce złożone do modlitwy. Abraham szedł w stronę tego, co zawsze jest inne, na swój sposób nawet obce. Jego dom był gdzie indziej – tam, gdzie nikt jeszcze nie był. Najlepszymi przewodnikami takiej podróży są mistycy; oni „widzą” na znaczne odległości. Jan od Krzyża pisze, że zmierzając do celu, którego nie znasz, masz iść drogą, której nie znasz. Dlatego jest najlepszym towarzyszem wędrówki. Wyrzuć wszystkie inne przewodniki, skoro wystarczą ci pisma mistyków. Albo jeszcze inaczej: wyrzuć wszystko, skoro jedynym przewodnikiem jest twoja wiara.

Wiara jest podróżą. Jestem Abrahamem swojego życia, z własną mapą duchową. Na niej zaznaczam najważniejsze punkty. To jest świątynia, gdzie zostałem ochrzczony, świątynia, gdzie byłem bierzmowany, i świątynia, gdzie złożyłem przysięgę małżeńską. To mogą być inne miasta lub po prostu inne świątynie. Lub wciąż ta sama świątynia. Inne drogi wiodły mnie do niej, gdy byłem nastolatkiem, teraz inną drogę wybieram, gdy jestem ojcem. Gdzieś w murach świątyni jest zapisana historia mojego życia. To konfesjonał, gdzie klękałem w czasie studiów, to trzecia ławka od końca, gdzie w dni powszednie siadałem, by posłuchać ciszy.

Duchowa pielgrzymka

Santiago de Compostela, Fatima, Lourdes wciąż nęcą. Jeśli nie możesz udać się do miejsc świętych, które przyprawiają o zawrót głowy (Jerozolima, Rzym), możesz wyruszyć na pielgrzymkę duchową. Jej zasady stworzył w 1500 roku, jubileuszowym, alzacki humanista Geiler z Kayserbergu. Na podróż wyznaczył 50 dni. Liczba nie ma nic z rzeczywistych odległości – historycy obliczają, że dziennie pielgrzym mógł przejść pieszo około 30 km – ale ma znaczenie duchowe. Cyfrę pięćdziesiąt uważano za świętą, ponieważ doszukiwano się w niej Boskiej arytmetyki: siedem razy siedem plus jeden, gdzie siedem to liczba darów Ducha Świętego, sakramentów, próśb w „Ojcze nasz”, dni stworzenia, wreszcie liczba cnót i grzechów głównych. Pięćdziesiąt to liczba dni pomiędzy Wielkanocą a Zielonymi Świętami.

Duchowa pielgrzymka powinna rozpocząć się tak jak każda inna: spowiedzią i Komunią. I rusza się na pielgrzymi szlak, nie zaniedbując codziennych obowiązków, przeciwnie – wędrując poprzez swoją pracę, zakupy, odbieranie dzieci z przedszkola. Dzień rozpoczynać Mszą św., o stałych porach odprawiać nabożeństwa, starać się o odpusty. Duchowy krajobraz wypełnia się samemu: można co pewien czas odmawiać modlitwę, dyskretnie przesuwać koraliki różańca etc. Geiler ostrzega podróżujących w duchu, aby nie czynili zbyt wiele postanowień. Przestrzeń miejska może być bardziej zdradliwa niż pustynny krajobraz. Niegdyś czytaliśmy o walce ascetów na pustyni, dziś musimy narzucić post dla oczu przed billboardem. Lepiej nałożyć na siebie mniej postanowień, ale pozostać wytrwałym. Nie o ciężary tu chodzi, ale o regularność, wytrwałość w monotonii codzienności. Po 21 dniach wewnętrznej podróży jest się gotowym, aby wejść do Rzymu. „Prawdziwy” pielgrzym odwiedza w tym mieście siedem głównych kościołów w siedem dni. Podróżujący mistycznie powinien w ciągu siedmiu dni modlić się w siedmiu kościołach swego miasta. Pierwszego dnia powinien odwiedzić kościół najważniejszy, katedrę. Droga powrotna – kolejne 21 dni – odpowiada poprzednim ustaleniom. Pielgrzymka ogranicza lub wzywa do rozrzutności ze swego życia. Człowiek bogaty ma pamiętać o jałmużnie dla biednych. Człowiek ubogi winien okazać chociaż współczucie dla biedniejszych od siebie. Niemniej każdy jest zobowiązany do postu, rezygnacji z dotychczasowego życia (powstrzymanie się od kąpieli, śmiechu, rozkoszy, miękkiego łoża, dobrego i obfitego jedzenia, wytwornych strojów, gadulstwa). W końcu jesteś w drodze i znosisz jej trudy. Pielgrzymka wiedzie przez codzienność, zatem należy pracować sumiennie i w pocie czoła.

Tam i z powrotem

Podróż w wierze jest podróżą w miejscu. Podobnie podróżował święty Brendan Żeglarz, którego przygody ożywiały kulturę średniowieczną. Brendan rozpala się do podróży, gdy staje nad brzegiem morza. Dalej iść nie może. Tam, gdzie nie jest w stanie pójść, wędruje jego dusza. W widzeniu ogląda tajemniczą wyspę – Ziemię Obiecaną – gdzie aniołowie „służby wszelakie pełnili” (prawdopodobnie jest to określenie liturgii). Jeden z nich rzekł do Brendana: „Odtąd cię nie opuszczę przez całe twoje życie i dopomogę ci odszukać tę samą wyspę, którąś we śnie oglądał i którąś przy tym zapragnął odwiedzić”. Podróż Brendana w przeważającej mierze odbywa się nie tyle pomiędzy miejscami, ile raczej w czasie liturgicznym. Święty mąż przybywa do niezwykłych miejsc – Wyspa Owcza, Raj Ptaków, wyspa milczących braci – nie po to, aby je badać, lecz po to, aby spędzić na nich najważniejsze święta: Boże Narodzenie i Wielkanoc. Niczym refren powraca liczba 40 dni, jakie Brendan spędzał na morzu pomiędzy jedną a drugą wyspą. Gdy wreszcie dociera do upragnionej wyspy – Ziemi Obiecanej – zdumienie ogarnia, gdy czytelnik uświadamia sobie, że Brendan na Ziemi Obiecanej przebywa tylko jeden dzień. Przecież wędrował tak długo! Sygnał do odwrotu daje piękny młodzieniec, który mówi: „Oto przed tobą kraina, której poszukiwałeś. Atoli taka jest wola Pana, żebyś wrócił, skądeś przyszedł, i uczyń to bez zwłoki, a wówczas On ci pokaże jeszcze więcej ze swych spraw utajonych, kiedy znów na wielkie morze ruszysz”. Ten nakaz zawiera w sobie ciekawe przesłanie: nie Ziemia Obiecana jest celem, ale sama podróż. I to w trakcie niej – oczywiście trwającej 40 dni – nastąpi dalsze wtajemniczenie, czyli zrozumienie. Prawdziwą podróżą jest zatem liturgia, rok liturgiczny, codzienność.

Emaus codzienności

Popularne w średniowieczu przygody Brendana Żeglarza miały przekonać mnichów do pozostawania w klasztorach. Wielkim utrapieniem byli ci, którzy stale przenosili się z klasztoru do klasztoru, szukając dla siebie wygodniejszego miejsca. Nazywano ich „niestałymi”. Do dziś można ich spotkać pośród nas – to nieustannie poszukujący duchowych wrażeń, nigdy nienasyceni turyści duchowości. Tradycja monastyczna wypracowała zasadę „stabilis loci”, którą rozumie się jako ślub stałości miejsca. Najlepiej wyraził to krótki apoftegmat ojców pustyni: „Wejdź do swojej celi, a ona nauczy cię wszystkiego”. Rozejrzyj się wokół – swoją Jerozolimę znajdziesz we własnej parafii. Tam znajdują się góra Tabor i Góra Błogosławieństw.

Zdjęcia z podróży

Skok na bungee, spływ kajakowy rwącym strumieniem, podróż do źródeł Amazonki? Z pewnością ma to swoją wartość, ale nie chwal się tym. Najbardziej ekstremalną podróżą jest ta duchowa. Wyrusza się w podróż po terytorium, którego granice nie są określone. Jedynym pożywieniem są sakramenty, lektura Pisma. Cierpliwość wobec Boga. Nie wiadomo, dokąd droga prowadzi. Do Pana wdrapuje się na górę czy schodzi; idzie w stronę światłości czy poprzez noc ciemną? Żadne to konkrety, raczej pomocne rady, które zrozumiałe są dla tego, kto wszedł w geografię wiary. Wydaje się, że prawo podróży duchowej brzmi tak: ten, kto się nie rusza, ale trwa na modlitwie, zajdzie dalej niż ten, kto wdziewa buty.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9