Bhutańczyk jest dumny

Jadę spotkać się z człowiekiem, którego życie zmieniło się po spotkaniu z Matką Teresą z Kalkuty.

Reklama

Sealdah – ogromny, główny dworzec Kalkuty. Pociąg nr 12343, który ma chyba ze 20 wagonów. Podobnym musiała jechać Matka Teresa do Darjeeling na swoje rekolekcje w 1946 r. Ta podróż zmieniła jej życie, a potem ona zmieniała życie innych.

Tu Kościół rośnie

Ojciec Kinley Joseph Tshering bardziej przypomina Chińczyka, a może Tybetańczyka, niż Hindusa. Jest spokojny, bardzo uprzejmy, ale zarazem bezpośredni. Zainteresowany światem i tymi zmianami, których obecnie wszyscy doświadczamy. – Europa traci swoją duszę, swoje korzenie. A tutaj popatrz: Kościół rośnie i rozwija się. Jesteśmy w szkole i parafii św. Wincentego w Hatigisha, kilkanaście kilometrów od Matigara, gdzie mieści się jezuicka kuria. Jutro wielka uroczystość: święcenia kapłańskie przyjmie diakon, który miał praktykę w tej parafii. Wspólnota liczy ok. 4000 wiernych – to dużo jak na Indie. Wszyscy są zaangażowani w przygotowania. Budują ogromny namiot, kolorowymi wstążkami obwijają słupki wyznaczające drogę. Już stoją dwie bramy triumfalne z fotografią neoprezbitera naturalnej wielkości. To święto dla wszystkich: parafianie zebrali ponad 1000 dolarów na przygotowanie świątecznego posiłku.

Terytorium szkoły, liczącej 1300 uczniów, to przykład porządku, gospodarności i czystości. Kończy się to za szkolną bramą. Indie jak na razie wyglądają po staremu: wszędzie pył i śmieci, wśród których smaczniejsze kąski wybierają krowy. 70 proc. uczniów to katolicy. Edukacja w Indiach to nie tylko sprawa zdobycia dobrego wykształcenia czy znalezienia lepszej pracy. To także kwestia wolności. Kto jest wykształcony, ten potrafi bronić swoich praw. Dlatego plantatorzy herbaty chcieliby, aby wieśniacy byli ciemni, i niechętnym okiem patrzą na to, że ich dzieci chodzą do szkoły.

Misja jezuitów

Ojciec Kinley to dobry menedżer, cieszący się poważaniem wśród swoich podwładnych. – Urodziłem się w bardzo bogatej rodzinie. W domu każdy z nas miał oddzielnego służącego. Ojciec otrzymał pozwolenie od króla na handel z Tybetem. Wtedy nie było jeszcze ciężarówek, towary przez górskie przełęcze woziły karawany jaków. W 1968 r., kiedy miałem 10 lat, ojciec kupił jeepa. Samochód przewieziono do granicy z Indiami. Tutaj rozebrano go na części i na mułach przetransportowano do stolicy. Wtedy w Bhutanie nie było jeszcze żadnych dróg dla samochodów, tylko ścieżki dla karawan. W stolicy złożono go z powrotem i kiedy jeździł, przerażeni Bhutańczycy uciekali przed tym potworem – śmieje się o. Kinley. – Od tego czasu minęło wiele lat. Bhutan bardzo się zmienił, unowocześnił. Jestem zaniepokojony wpływem, jaki na naszą kulturę mają globalizacja i konsumpcjonizm. Chciałbym, aby mój kraj znalazł drogę pośrednią między tradycjonalizmem a bezkrytycznym postępem, który nie jest dla nas dobry. Bhutańczycy są strasznie dumni ze swojej kultury i tradycji. Teraz wielu studiuje za granicą, ale wszyscy w końcu wracają do Bhutanu. Mój siostrzeniec studiował na Harvardzie, ale trochę popracował w Europie i wrócił do domu – dodaje.

Pierwszymi Europejczykami w Bhutanie byli jezuici, którzy zjawili się tutaj w 1627 r., w drodze do Tybetu. Król przyjął ich bardzo łaskawie, zainteresował się nawet chrześcijaństwem. Po kilku miesiącach jezuici stwierdzili, że powinni wypełnić polecenie przełożonych, i cichaczem udali się do Tybetu. Król bardzo się zdenerwował i polecił sprowadzić ich z powrotem, ale misjonarze byli już zbyt daleko. Jezuici pozostawili po sobie tak dobre wspomnienia, że kilkaset lat później kolejny król zaprosił ich, aby założyli pierwsze szkoły w Bhutanie. Do tej pory urzędnicy państwowi zdobywali wykształcenie w klasztorach buddyjskich. Kanadyjscy jezuici z prowincji Darjeeling, leżącej w Indiach, tuż przy granicy z Bhutanem, przybyli tu w 1963 roku i stworzyli od podstaw system edukacyjny w tym azjatyckim górskim kraju. Jezuici nie mieli prawa nikogo nawracać. W 1986 roku, kiedy wykształcono miejscowych nauczycieli, król grzecznie poprosił jezuitów, aby jego kraj opuścili. Pozostał tylko o. William Mackay, „ojciec bhutańskiej edukacji”, który w uznaniu za zasługi otrzymał obywatelstwo. Zmarł w 1995 roku.

Nie chcieli mnie ochrzcić

– Mój pierwszy kontakt z chrześcijaństwem związany jest z kartkami bożonarodzeniowymi. Otóż moja starsza siostra uczyła się w katolickiej szkole w Darjeeling. Na święta koleżanki przysyłały jej kartki z życzeniami. Byłem zauroczony Niemowlęciem w żłóbku. Później ojciec również mnie posłał do Indii, do szkoły prowadzonej przez zakonnice. Tam po raz pierwszy zobaczyłem krucyfiks. Zakonnica wyjaśniła mi, że człowiek na krzyżu to jest ten sam chłopiec, którego widziałem na kartkach świątecznych. Odkryłem, że On zmartwychwstał, i do dziś ciągle odkrywam Go na nowo. Byłem wtedy małym chłopcem. Tak zaczęła się moja droga nawrócenia.

Zostać chrześcijaninem w buddyjskim społeczeństwie oznacza deklasację, bycie wyrzutkiem. Kiedy byłem w nowicjacie, szybko nauczyłem się, co znaczy agere contra, czyli działać przeciw własnej woli. To wszystko najlepiej oddają słowa św. Pawła: „Ale to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana” (Flp 3,8).

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7