Jego głos pod gwiazdami

O dobrych butach, zamianie wody w coca-colę i kochaniu opowiada s. Cecylia Bachalska MSOLA.

Reklama

Barbara Gruszka-Zych: Co Siostra wkłada do walizki, jadąc na misje?

S. Cecylia Bachalska MSOLA: To, czego tam brakuje. Dobre buty, które się przydadzą, żeby odwiedzać ludzi. Komentarze do Pisma Świętego i wykłady z rekolekcji lectio divina, na które jeździłam do Krakowa. Wezmę też dobre wspomnienia z Polski, gdzie byłam przez dziesięć ostatnich lat.

Potrzebuje Siostra dobrych butów. Chodzi Siostra do ludzi z Panem Bogiem czy do Pana Boga przez ludzi?

Idę do ludzi, bo pozwalają mi odkryć Pana Boga. Buty są mi potrzebne nie tylko realnie, ale jako przenośnia, znak gotowości do wyjścia.

Często Siostra spotyka Boga przez ludzi?

Przychodzi mi do głowy zdarzenie z Przystanku Jezus. Byłam na nim już siedem razy, a to był jeden z moich pierwszych wyjazdów. Szliśmy ze znajomym księdzem z pola Przystanku na pole woodstockowe. Chodzę z plecakiem i ksiądz, widząc, że jest ciężki, zwrócił mi uwagę, żebym sprawdziła, co w nim noszę. Zwykle mam tam Pismo Święte, coś na deszcz, wodę i trochę jedzenia. Następnego dnia nie wzięłam ze sobą plecaka, tylko Pismo Święte. Stoję na polu woodstockowym i widzę, że nadciąga ogromna burza, a ja tym razem nie mam nic przeciwdeszczowego. I właśnie w tym momencie podszedł do mnie starszy mężczyzna, który zbierał rzeczy na śmietnikach, i podał mi parasol, mówiąc: „Kochana, może go potrzebujesz”. „A gdzie pan się schroni?” – zapytałam. „Pójdę pod drzewo” – powiedział. Dla mnie był to namacalny dowód, że Pan Bóg się mną opiekuje. Innym razem oddałam komuś spragnionemu butelkę wody, kiedy zapytał, czy mogłabym się nią podzielić. Poszła między ludzi i nagle z żalem widzę, że zrobiła się pusta. Ale za kilka minut spotkałam kogoś, kto dał mi pełną butelkę coca-coli. Zawstydziłam się, jak mogłam przez chwilę żałować tamtej wody. Poczułam namacalnie, że Ktoś uzupełnił mi jej brak.

Cuda dzieją się wtedy, kiedy ma się wielką wiarę.

Ale też wtedy, kiedy potrafimy je dostrzec. One zdarzają się często, ale trzeba postawić sobie pytanie, czy moje oczy i uszy są na nie otwarte. Nigdy potem nie udało mi się spotkać tego pana, ale dobrze pamiętam miejsce, gdzie stałam, kiedy rozpętała się tamta burza. Kiedy o tym mówię, czuję, że głos mi drży, bo tak mocno Pan Bóg dotknął wtedy mojego serca.

Głównym zadaniem Siostry jest praca na misjach. Dokąd Siostra wyjeżdżała?

Najpierw pojechałam do Tanzanii i tam przeżyłam 12 lat. Później wróciłam do Polski na animację misyjno-powołaniową, a następnie pojechałam na 4 lata do Kenii. W obu krajach urzędowym językiem jest angielski, ale trzeba też znać suahili, którym posługują się tamtejsi mieszkańcy. My, misjonarze, musimy władać tymi językami, żeby miejscowi poczuli, że nie jesteśmy tylko turystami, ale zależy nam na tym, by się do nich przybliżyć. Żeby jak najmniej spraw nas dzieliło.

W Polsce też mnóstwo spraw dzieli ludzi...

Ważne, żeby wtedy zastanowić się, co mnie z kimś dzieli i dlaczego tak się dzieje. Próbować o tym porozmawiać z drugim i ze sobą.

A jeśli ten drugi pozostaje zamknięty na nasze sugestie?

Warto uzbroić się w cierpliwość. Niektórzy potrzebują więcej czasu, żeby do wielu rzeczy dojrzeć. Świadomość, że tak się dzieje i że każdy ma swój czas na zmiany, buduje i daje nadzieję. Kiedy wyjeżdżałam do Afryki, mój tato nazywał Afrykanów Murzynami. Powiedziałam mu, że trochę mnie to boli, bo to słowo ma negatywne konotacje. Zapytał wtedy, jak ma mówić. „Afrykanie, tak jak mówimy Amerykanie, Europejczycy” – odpowiedziałam. Jakiś czas później uczestniczył w pewnym spotkaniu i wtedy ktoś się odezwał: „Twoja córka pracuje wśród Murzynów”. Wtedy tata spokojnie zwrócił mu uwagę: „Wiesz, lepiej by mi pasowało, gdybym usłyszał, że mówisz: wśród Afrykanów”. Wtedy pomyślałam: „Boże, mój tata, który ma ponad 70 lat, potrafił tak łagodnie wyjaśnić sprawę, a kiedyś tak nie było. Jestem pewna, że każdy, kto chce się zmienić na lepsze, ma na to szansę.

Czy tata zaakceptował to, że Siostra zdecydowała się na pójście do zakonu?

Najpierw nie za bardzo tego chciał. Moja mama zmarła, kiedy miałam 18 lat i chodziłam jeszcze do liceum pielęgniarskiego. Kilka lat chorowała na nowotwór piersi. Dopiero kiedy wstąpiłam do zakonu, bardzo przybliżyłam się do taty. Choć na początku był ojcem wymagającym, szorstkim, po śmierci mamy rozwinął w sobie kobiece cechy. Zaczął być czuły, wiedział, co lubimy, co chcielibyśmy zjeść, pamiętał o naszych urodzinach i imieninach. Przedtem zawsze starała się o to mama.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7