Kuroterapia i cuda codzienne

Tu terapią jest praca, lekarzem – Pan Bóg. Ale kury, króliki i kozy też mają swój udział we wracaniu do życia. – To miejsce, w którym rodzi się nadzieja – mówią mieszkańcy Domu na Roli.

Reklama

Na wijących się wśród pól i lasów dróżkach gubi się na GPS. Padający deszcz sprawia, że trzy kilometry od asfaltowej drogi zamieniają się w crossową przygodę. Do Domu na Roli dojechać niełatwo.

Balsam dla zranionych dusz

– I dobrze, że daleko od szosy. Więcej kilometrów, mniej pokus – śmieje się Mariusz. Żeby pogadać, na chwilę przerywa pracę. Pod świeżo położonym czerwonym dachem powstaje kaplica. – Gdyby mi ktoś powiedział dwa lata temu, że będę świątynię budować, tobym nie uwierzył – kręci głową z niedowierzaniem. Do Domu na Roli trafił z ulicy. Najpierw był alkohol, potem narkotyki. – Przepiłem rodzinę, żonę i córeczki. Piłem i użalałem się nad sobą. Skończyłbym na tej ulicy – wyznaje szczerze.

Dwa miesiące temu trafił do Domu Miłosierdzia w Koszalinie. Ksiądz Radek wsadził go w samochód i wywiózł na wieś. – Marzyło nam się takie spokojne miejsce, wśród łąk, pól, zwierząt. Miejsce, które będzie jak balsam dla zranionych dusz – opowiada ks. Radosław Siwiński, szef Stowarzyszenia Dom Miłosierdzia.

Sam, kiedy tylko może, ucieka chociaż na chwilę na Rolę, żeby złapać oddech od spraw koszalińskiego domu. Siostry ze Wspólnoty Dzieci Łaski Bożej, do której należy kolonia Role, postanowiły wydzierżawić teren stowarzyszeniu trzy lata temu. – Podjęły decyzję na kapitule 6 stycznia. Rok wcześniej, w tym dniu i dokładnie o tej samej godzinie, biskup wystawiał Pana Jezusa, ustanawiając w Domu Miłosierdzia wieczystą adorację – uśmiecha się duszpasterz, który wszędzie stara się dostrzegać znaki Bożej woli. Bo to Bóg jest pierwszym gospodarzem Domu na Roli. I najlepszym lekarzem.

Pokora i modlitwa

Na Rolę trafiają ci, których trzeba było na jakiś czas zabrać z miasta, gdzie pokusy są na wyciagnięcie ręki. Gospodarstwo nie jest otoczone najmniejszym nawet płotem, nie ma bram ani kłódek. – Ale nawet żeby wybrać się do najbliższego sklepu we wsi, trzeba się chwilę zastanowić. Pół godziny marszu w jedną stronę po całym dniu pracy? Trochę ciężko – podsumowuje Daniel. Ale już na codzienną Mszę św. maszerować do Lipia mu nie ciężko. – Jak wracam, mam więcej siły, niż kiedy wychodziłem do kościoła – zapewnia. Daniel jest z Dolnego Śląska. Były prezes doskonale prosperującej firmy przyznaje, że przepił niemal wszystko. – W poniedziałek miałem 40. urodziny. Kiedyś planowałem, że z tej okazji zrobię imprezę na dwieście osób. I to taką, żeby nikt jej nie zapomniał. Spędziłem je z Panem Bogiem i chłopakami, budując kaplicę, modląc się – uśmiecha się i z zadowoleniem przygląda wykonanej robocie.

Na Roli odnalazł wiarę. – Kiedy byłem „na szczycie”, Jezus nie był mi potrzebny. Chciałem nowy samochód, to go sobie kupowałem, zamarzyło mi się co innego, to to brałem. Nie potrzebowałem o nic się modlić. Chodziłem do kościoła, ale z przyzwyczajenia – opowiada. Przez trzy miesiące Daniel nauczył się dwóch rzeczy: pokory i modlitwy. – Terapie, na których byłem wcześniej, uświadomiły mi, że jestem chory, ale tutaj zrozumiałem najważniejsze: jedyną Osobą, która może mnie uleczyć, jest Jezus – mówi z całym przekonaniem.

Opowiada, jak s. Aniela, która zawiaduje funkcjonowaniem domu, nauczyła go na nowo modlić się i zawierzyć Bogu. Na Jezusie więc zamierza budować nowe życie, które dostał. Bo za chwilę rusza z leśnej głuszy w świat. – Na razie jeszcze nie do domu. Najpierw pojadę do brata. Jest salezjaninem, prowadzi ośrodek dla trudnej młodzieży. Tam zmierzę się z wolnością, ze sklepami pełnymi alkoholu, z ludźmi, którzy wiedzą o moim problemie – zapowiada Daniel.

Każdy potrzebny

Do koszalińskiego Domu Miłosierdzia dzwonią z całej Polski. Ktoś wychodzi z więzienia, ktoś opuszcza szpital, ktoś leży na ulicy. W sytuacji alarmowej nie odmawiają nikomu. W tej chwili na wsi jest 30 mężczyzn. – Wielu z nich walczy o swoją trzeźwość, wolność od alkoholu czy narkotyków. Terapią jest Pan Bóg, nasza chrześcijańska troska i praca – opowiada ks. Radek. Oprócz ludzi na Roli mieszkają też kozy, cztery świnki wietnamskie i sześć królików. Prym wiedzie jednak drób. – Dużo się mówi o terapii, w której pomagają zwierzęta. Dogoterapia nikogo już nie dziwi. A my mamy… kuroterapię – śmieje się duszpasterz, choć to całkiem poważna sprawa, bo świeżymi jajkami i warzywami Rola zasila już Dom Miłosierdzia.

Ogród to dzieło pana Krzysztofa. – Bez pomocy chłopaków nie dałbym rady ze wszystkim – zastrzega. Nie jest uzależniony, ale stracił dach nad głową. – Pan Bóg mi bilet kupił – zaznacza, opowiadając o przyjeździe do Koszalina. – Zimno było, nie chciałem spać na dworcu kolejowym. Poszedłem do katedry. A tam ksiądz powiedział mi o Domu Miłosierdzia – opowiada. Ogród to jego pasja i duma. Z zawodu jest krawcem, więc w wolnej chwili chłopakom i spodnie podłoży, rozerwaną koszulę zaszyje.

– Wstaję wpół do piątej. Budzika nie potrzebuję, ptaki wystarczą. Modlitwa, śniadanie, praca w ogrodzie, obiad. Po obiedzie jeszcze pójdę pogadać z roślinami. I czasu na ryby też starczy. Jestem szczęśliwy, bo robię to, co lubię – kiwa głową mężczyzna. – Mam satysfakcję, jak patrzę, że coś urosło, jak plony dobre. A najważniejsze, że czuję się komuś potrzebny – dodaje. Tu każdy jest potrzebny.

Roboty nie brakuje. – Tu będzie stał krzyż. A tu figura Matki Bożej – ks. Radek oprowadza po gospodarstwie i zamaszystym ruchem rysuje w powietrzu plany. Przydały się zabrane przewidująco kalosze. Podwórko wygląda, jakby przeszło przez nie tornado. – Bo tu robimy ekologiczne szambo. Ale dom ma już nowe okna i dach. Ogrzewane i wyremontowane są też małe domki mieszkalne. A do września skończymy kaplicę – mówi z dumą duszpasterz.

Pomysły konsultuje najpierw z Panem Bogiem, potem z biskupem. – Jesteśmy otwarci na znaki. Kiedy do Domu Miłosierdzia trafiło naraz pięciu piekarzy, pomyśleliśmy o założeniu piekarni. W tym domu też nagle pojawiło się 30 chłopa, z czego kilku zna się na budowlance, postanowiliśmy więc rozbudowywać i remontować – przyznaje. Rachunki płaci… Pan Bóg.

Duchowy detoks

Diakon Piotr Grudzień do tej pory nocne czuwanie kojarzył z adoracją Najświętszego Sakramentu. Na praktykach diakońskich saletyn z Krakowa dowiedział się, że czuwać można też przy… kurczakach. – Mieliśmy nocne dyżury przy inkubatorze – przyznaje ze śmiechem mieszczuch znający wieś jedynie z dziecięcych wakacji u dziadków. Przez dwa tygodnie razem z mieszkańcami modlił się i pracował. Rola dla niego to nowość. Także w wymiarze duchowym.

– Inaczej przekazuje się kerygmat ludziom w mieście, zaganianym, zamkniętym, ogłuszonym miejskim chaosem. Tu głosi się prostotą: życiem, byciem obok, wspólną pracą. Nie wszyscy przyjmują Pana Boga, czasem się buntują, ale to lepsze niż obojętność. Ludzie, którzy tu trafiają, są naprawdę świadomi swojego grzechu. To przestrzeń, w którą wchodzi Jezus i działa z mocą – dzieli się wrażeniami dk. Piotr. – To miejsce jest zwyczajnie niezwyczajne. Bo bardzo ludzkie i bardzo Boże. Każde wstanie, każdy akt pokory, każde przełamanie – to cud codzienny – dodaje.

Ksiądz Radek nikogo o wiarę nie pyta. – Podchodzimy do spraw wiary z dużą delikatnością. Ale jest coś takiego, że przebywanie z ludźmi, którzy wierzą w Boga, rodzi pytania. Księga Mądrości też podpowiada, że cały świat stworzony mówi o Bogu – uśmiecha się duszpasterz. Z dala od cywilizacji, w otoczeniu zwierząt i roślin, przechodzą duchowy detoks. – Większość z nich to ludzie ochrzczeni, wcieleni do wspólnoty kościelnej, chociaż najczęściej od niej daleko. Ale będąc między nami, sami zaczynają szukać Jezusa. Jesteśmy świadkami nawróceń, pięknych spowiedzi po wielu latach i autentycznego pragnienia życia z Bogiem – dodaje.

Mariuszowi odpowiada rytm dnia wyznaczany przez pracę i modlitwę. – Miałem pretensje do Pana Boga, kiedy piłem i ćpałem. Teraz tylko proszę – mówi, zanim wróci do przykręcania regipsów w kaplicy. W sobotę po raz pierwszy od dłuższego czasu spotka się z córkami. – Boję się, jak zareagują, czy będą mnie jeszcze chciały. Mama opowiadała mi, jak moja starsza córeczka, sześciolatka, powiedziała do syna kuzynki: „Wiesz, ja też kiedyś miałam tatę”. Modlę się o odwagę… – mówi i dodaje: – Na Roli dostałem nowe życie i nadzieję. Teraz powoli staję na nogach i będę się uczył chodzić. 

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

  • Gość
    14.08.2017 12:07
    To niezrozumiałe dla mnie jak katolicki portal może publikować artykuł, w którym są nieprawdziwe informacje. Dom na Roli nie był wydzierżawiony, a tylko wynajęty, nie było decyzji na żadnej Kapitule, a remonty były robione bez stosownych pozwoleń i dokumentów. To, co dzieje się na Roli jest dla mnie gorszące i jak mówił ks. Kaczkowski: "Mam dość katolickiej lipy w pomaganiu".
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 31 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9