Pięknie rzucać kamieniem

O głębokich ranach, które dają błogosławione owoce, opowiada o. Edward Konkol SVD.

Reklama

Agata Puścikowska: Przez Stowarzyszenie Pomocy Rodzinie „Droga”, które Ojciec założył, w ciągu 30 lat pracy przewinęły się tysiące wolontariuszy. Co to za ludzie?

O. Edward Konkol: Duża część wolontariuszy pochodzi z rodzin raniących. Nie „niszczących”, bo gdy mówimy o zniszczeniu, trzeba coś zbudować od nowa. Przychodzą osoby zranione, a więc z ranami wewnętrznymi. Coś się działo w domu, rodzice bili, pili lub byli zbyt wymagający, nie dawali poczucia bezpieczeństwa i własnej wartości. Tacy ludzie, głównie młodzi, przychodzą więc do nas i próbują znaleźć w pracy społecznej, pozytywnych aktywnościach, lekarstwo na swoje zranienia.

Znajdują?

Skądże! Nigdy się tak nie dzieje! Lekarstwem na zranione serce człowieka nigdy nie będzie praca, zadania, aktywności czy drugi człowiek. Jeśli ktoś myśli, że kariera czy związek ze „świetnym facetem” uleczą zranione serce, to się zawiedzie, i to srogo. Nie wolno traktować pracy czy drugiego człowieka jak lekarstwa na trudności i problemy z przeszłością. Bywa, że ludzie zranieni i odrzuceni w dzieciństwie, w dorosłości próbują udowadniać, że są najlepsi. Osiągają rzeczywiście wiele zawodowo, ale nierzadko przy tym niszczą innych oraz siebie, cały czas czując niezaspokojony głód serca. Jeśli przyczyną działań jest zranione serce – te aktywności, zachowania, praca, są ucieczkami przed samym sobą i bólem. A ucieczki stają się bożkami. Dla jednych tym bożkiem będzie praca i coś, co obiektywnie jest pozytywne. Dla innych alkohol i narkotyki. Ale przyczyna ucieczek jest ta sama: zranione serce.

No to gdzie szukać lekarstwa?

Jedynym lekarstwem na zranione serce jest to, co Jezus powiedział do Samarytanki: „Gdybyś ty wiedziała, co Ja ci mogę dać”. Gdybyśmy wiedzieli, pragnęlibyśmy tego, prosilibyśmy o to. I leczyli się tym. Zauważ, że On tylko zranionych szukał. Zranionych przez chorobę, grzech, odrzucenie, do prostytutek chodził, do celników. Wykorzystywał ich rany. Można więc powiedzieć: cała nadzieja w ludzkich ranach.

Jak to rozumieć?

Ludzka rana, jeśli skierujemy umysł i serce na Boga, jest miejscem odnowy. Z tego zranionego miejsca tryska źródło życiodajnej wody. Rana jest nadzieją, że powstanie z niej coś cudownego, co przemieni całe życie, co ściągnie Boga do człowieka. I wtedy dopiero można powiedzieć: „błogosławiona wina”, błogosławione trudne doświadczenie, które sprowadziło do mnie Jezusa. Zło, dzięki Jezusowi, staje się błogosławieństwem.

Szczęśliwi... nieszczęśliwi?

On szuka nieszczęśliwych, „gorszych”, bo oni są gotowi najbardziej się otworzyć. Przecież i wielu faryzeuszy szło za Nim i się Mu przysłuchiwało. Jednak nie dopuszczali do siebie Jego nauki. To trochę tak, jak „dobrzy katolicy”, którzy chodzą do kościoła i albo są obojętni, czyli zimni, albo z Nim dyskutują. Nie przyjmują Go jednak do serca. Kolejny przykład: kobieta cierpiąca na krwotok. Szukała wcześniej lekarzy, lekarstwa, pomocy. Była strasznie zraniona, więc skupiała się, koncentrowała na tym, by uleczyć swoją ranę. Trzeba znać też kontekst: była „nieczysta”, nie mogła kontaktować się z ludźmi, była wykluczona, gdyby kogoś dotknęła – dotknięty stałby się nieczystym. Trzymała się więc na uboczu, ponieważ jednak jej cierpienie było ogromne, więc wykombinowała, jak pozbyć się bólu: idzie w tłumie za Jezusem, wykorzystuje okazję, że jest zamieszanie i w tłumie nikt nie zauważy, i cichaczem dotyka szaty Jezusa. Jezus jest... przerażony, odwraca się i pyta, kto Go dotknął. Nie dlatego jest wstrząśnięty, że stał się nieczysty, lecz dlatego, że wie, iż dolegliwość kobiety zniknęła, ale choroba została. Pozostało w niej uczucie, że jest niegodna, zła. Zranione serce w niej zostało! Więc Jezus jej szuka. Ona pada i o WSZYSTKIM Mu opowiada: co się z nią dzieje, co czuje, jak cierpiała. I dopiero wtedy Jezus mówi: „Jesteś uzdrowiona”.

Jednak czasem trudno, cierpiąc, łapać się Jezusa.

Była u mnie kiedyś wolontariuszka Ania. Była tak skrzywdzona przez ojca, że trudno o tym opowiadać. Był skrajnie agresywny, pił. Kiedy córka chciała iść na studia plastyczne, podczas snu przybił jej dłoń do łóżka... Jednak właśnie ta Ania znalazła lekarstwo na zranione serce, bo była w głębokiej, bliskiej, relacji z Bogiem. Miała dzięki temu silną osobowość, była tak mądrą osobą, że i młodzi, i starsi przychodzili do niej po rady i pomoc. Mimo zranień swoje życie potrafiła dobrze ułożyć. Więc nie jest istotne, jak głęboką nosisz ranę, bo jeśli znajdziesz prawdziwego Boga, a nie bożka, pięknie żyjesz. Tacy ludzie są niesamowici i mocni.

A terapie? Pomagają?

Każdy terapeuta ma granice działalności. Potrafi zdemaskować problem, mechanizm, który niszczy. Może również pomóc nauczyć się żyć z raną, w miarę poprawnie funkcjonować mimo zranienia. To oczywiście dużo, ale dopiero w Bogu zranienie może stać się błogosławioną winą. I z rany mogą wytrysnąć życiodajne dary. U nas w stowarzyszeniu wszystko dzieje się niejako jednocześnie. Widząc, że człowiek jest zraniony, pozwalam mu, by był aktywny i robił rzeczy, które pozwalają mu poczuć się lepiej. Jeśli trzeba, korzysta też z pomocy terapeutów. Ale to jest namiastka. Przychodzą do nas bardzo różni ludzie, wchodzą i działają. Każdy tak, jak umie najlepiej, bez zapisywania się i wypisywania, bez zorganizowanych struktur. Każdy ma swoją drogę, a wytycza ją Bóg. Ja nie stawiam barier. Przychodzą ludzie, coś robią dobrego, potem znikają na kilka lat. I znów nagle wracają...

„Dobrze, że jesteś, dobry człowieku” – to Ojca ulubione powitanie.

Bo naprawdę dobrze! Na Msze, które odprawiam, przychodzą tłumy. Ale tylko jakieś 10 proc. to „stali”. Reszta wchodzi, karmi się i idzie z Bogiem dalej. Bo nie są „od Konkola, od Pawła czy od Kefasa”, tylko są Bożymi dzieciakami. Ja przygotowuję pokarm, który Jezus im podaje. I to jest moje największe zadanie. Zarówno w stosunku do moich podopiecznych, wolontariuszy, jak i przypadkowych osób, które trafiają do stowarzyszenia. Nie jestem „aktywistą społecznym”, chociaż dostaję za to nagrody. (śmiech) Istotą mojego powołania jest kierowanie ludzi do Boga.

Mówią o Ojcu „charyzmatyk”.

Niech gadają. Przeżyję i to. {(śmiech) Ja nie jestem charyzmatyk czy „działacz”, lecz zwyczajny kapłan z siwym już włosem, który jedynie ma tęsknotę, by robić niewielką szparę między ziemią a niebem. Chciałbym mieć w sobie maleńką dziurkę, żeby On przez to pęknięcie we mnie mógł przytulać świat do siebie. I czasem się to udaje. Przychodzi człowiek z bólem, a mnie się udaje skierować go do Boga. Tyle.

Mówią też: „Msza odprawiana przez Konkola jest niesamowita”...

Zwyczajna jest. Spotykam się po prostu z Nim i z Nim rozmawiam. Gdy odprawiam Mszę św., gdy jestem na adoracji Najświętszego Sakramentu, to zapominam o wszystkich dookoła. Jestem z Nim, mówię do Niego. Nawet nie śpiewam Mszy, bo gdyby mój śpiew miał ubogacać rozmowę z Bogiem, śpiewałbym cały czas jak skowronek. Msza św. to po prostu moje, Edwarda, spotkanie z Bogiem. A jeśli Bóg przeze mnie coś chce czynić, to świetnie.

To „coś” to wielkie dzieło: placówki ratujące rodziny w Białymstoku, ośrodek w Jastarni.

Ale naprawdę nie myślę, co będzie jutro. Odpowiadam na dany dzień, sytuację. Pan Bóg popycha mnie do roboty, dając konkretny sygnał. Albo czasem nie dając: od 1999 r. próbuję zbudować w Białymstoku dużą kaplicę, bo mała nie wystarcza. Jest plac, są trzy projekty. A sygnału do budowy od Niego nie ma.

Dlaczego nie ma?

A ty się Go zapytaj. Gdy mi powie, że to już, to zbudujemy. Zresztą zrobię wszystko, co każe. Jeśli będzie chciał, żebym ratował kolejnych nieszczęśników, choćby uchodźców, też to zrobię.

Bez lęku?

Czego ja mam się z Nim bać? On mnie chroni. W 1984. r. moi bracia, zaangażowani w opozycję antykomunistyczną, wpadli z powielaczami. Skradzionymi zresztą z komendy MO. Aresztowali Mietka, a ja coś im nagadałem, że powielacze są zakonne. I uwierzyli. Jednak w końcu zwinęli i mnie. Zamieszanie było okropne, długo mnie przesłuchiwali. W końcu jeden z nich mówi: „podpisz współpracę, to wypuścimy brata z więzienia”. Nie wiedziałem kompletnie nic o ubekach, nie znałem ich metod, nie rozumiałem w ogóle tych ludzi. Kończyłem seminarium, do święceń miałem cztery miesiące. Pomyślałem sobie, że może i trzeba na odczepnego podpisać ten świstek, oczywiście nic im nie mówiąc, żeby Mietka wypuścili. W domu się o niego bardzo bali... Pojechałem do domu, do Jastarni. Opowiedziałem o tym tatusiowi i zapytałem, co robić. A ojciec mi na to: „Edek, w więzieniu też są księża potrzebni”! Walnęły mnie te słowa i prowadzą przez życie. Ubecji nic nie podpisałem, i Bogu dzięki. W końcu i brata wypuścili. Bóg prowadzi i chroni. Ale i wymaga, dając konkretne zadania do wykonania.

„Zlikwidować dom dziecka” – to jedno z nich?

A tak! System wygląda tak: dzieci z tzw. trudnych rodzin trafiają do domów dziecka, gdzie ich utrzymanie kosztuje 5–6 tys. zł miesięcznie. Rodzicami nikt się nie interesuje. Tymczasem właśnie wtedy, z tęsknoty, są gotowi do heroicznej pracy. My, widząc ten dramatyczny schemat, lata temu zaczęliśmy wspierać całe „trudne” rodziny. Stworzyliśmy projekt „Odzyskaj dziecko”, dzięki któremu w ubiegłym roku ponad 30 dzieci wróciło do rodzin, a jeden z prowadzonych przez nas domów dziecka zamknęliśmy. Jak to możliwe? To wymagało czasu i połączenia wielu elementów pracy nad rodzicami: terapii, wsparcia duchowego, ale także nauczenia prowadzenia domu, opieki nad dziećmi. Stworzyliśmy 18 punktów, które są konieczne do poprawnego funkcjonowania rodziny. I nasi rodzice, którzy bywają obrażani i pokazywani palcami jako „patologiczni”, po nauczeniu się życia od nowa – żyją od nowa!

Jakiś przykład?

Proszę bardzo. Facet idzie do więzienia. Jego żona zostawia dzieci i jedzie w siną dal. Dzieci trafiają do domu dziecka. Ojciec wychodzi z więzienia i przeżywa dramat. Chce odzyskać dzieci. I dwa lata haruje nad sobą! Wychodzi na prostą. Dzieci są przeszczęśliwe, gdy wychodzą z placówki i tulą się do własnego ojca. Przez wiele lat działaliśmy niemal w podziemiu, bo urzędnicy nie rozumieli idei pomocy całej rodzinie. Owszem, pieniądze były „na dzieci”, ale gdyby się okazało, że i rodzice u nas, w stowarzyszeniu obiad zjedli... Dopiero kilka lat temu zaczęło się coś zmieniać i powołani zostali asystenci rodzinni. My od kilkunastu lat mieliśmy i mamy „opiekunów rodzin”. Prawdziwa pomoc dzieciom to pomoc całej rodzinie.

W rodzinnej Jastarni rozpoczyna Ojciec już po raz 30. kolonie dla dzieci...

Faktycznie, szmat czasu. Przewinęło się tutaj blisko 20 tys. dzieci z najuboższych podlaskich rodzin. Trudne, poranione dzieci. Na jednym turnusie spotyka się nawet 300 dzieciaków, które rozpoczynają swoją drogę. Kolonie to początek, bo po powrocie obejmujemy opieką całe rodziny. W Jastarni natomiast z dziećmi pracują terapeuci, lekarze, świetni wychowawcy. Dzieciaki przeżywają wakacje życia – pływają na desce, uczą się gry na gitarze, grają w piłkę z profesjonalnym piłkarzem, śpiewają z Haliną Frąckowiak. To dzieci, które w szkole słyszą, że są gorsze i głupie, a rówieśnicy pokazują ich palcem i rechoczą: „śmierdzisz”. Ich rana jest głęboka, a jedyna dobroć, której doświadczali do tej pory, to dobroć z łaski. Więc u nas pracują z nimi świetni instruktorzy po to, by odkryć w nich dobro. Koncentrujemy się, by odnaleźć ich prawdziwą twarz, głęboko ukryty skarb otrzymany od Boga. Robimy wszystko, by przekonali się, jak Bóg na nich patrzy. I że jeśli nawet jeden z drugim chłopaczek kamieniem rzuci i szybę wybije, Bóg mówi do niego: „Jak pięknie tym kamieniem rzucasz! Nikt inny tak nie rzuca. Kiedyś będziesz dla mnie sieci zarzucał. Albo i kotwicę, żeby ludzi bezpiecznie do mnie prowadzić. Mimo burz”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10