Jestem narzędziem

O dialogu z Jezusem, nowej restauracji, która będzie ratować ludzi, i smaku ostatniej wieczerzy mówi Wojciech Modest Amaro.

Reklama

Agata Puścikowska: Łatwo wpaść w „snobowanie na jedzenie”?

Wojciech Modest Amaro: Bez Boga łatwo wchodzi się w każde zło. Szefom kuchni, którzy osiągnęli sukces i stali się rozpoznawalni, równie łatwo wejść w rolę „kapłańską” czy też idola, który wie wszystko, umie wszystko i przedkłada wartość jedzenia ponad wszystko. Najgorszy moment to taki, gdy to jedzenie staje się bożkiem samym w sobie. Nie przeceniałbym roli szefów kuchni, których pozycja bywa sztucznie pompowana.

Sam Pan jest szefem kuchni. I to najbardziej znanym w Polsce.

Czym innym jest budowanie autorytetu na podstawie ciężkiej pracy i namacalnych sukcesów, a czym innym stworzenie medialnego autorytetu, czyli wykreowanie gwiazdy specjalisty na potrzeby mediów. Osiągnięcie wymiernego sukcesu zajęło mi 22 lata pracy. Dopiero później postanowiłem podzielić się moją wiedzą z innymi. Jeśli w ludziach zostaje zdrowy rozsądek, nie ma niebezpieczeństwa sztuczności i pompy. Przy zachowaniu hierarchii: „na pierwszym miejscu Bóg” nawet największy celebryta znajdzie swoje miejsce w szeregu.

Zastanawiał się Pan: po co to wszystko? Najpierw kariera, potem spotkanie Jezusa.

Nie jesteśmy w stanie zbadać i pojąć wszystkich planów Bożych. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć dopustów Bożych, zamysłów, nie pojmujemy, co oznacza u Boga zamiana przekleństwa w błogosławieństwo. Miałem karierę, pieniądze, sławę, czyli miałem „wszystko”, a jednocześnie czułem pustkę. Prosiłem, wołałem o interwencję, o pomoc. Bóg mnie wysłuchał. Teraz czuję, że jestem narzędziem, naczyniem glinianym w rękach Tego, któremu zawierzyłem całe moje życie. I mimo wielu wydarzeń w moim życiu właśnie ten krzyk – szczery, proszący, ale i ufny – okazał się najważniejszym wydarzeniem. Poznaję życie przez pryzmat Jezusa i Jego nauki, ale jeszcze nie znam wszystkich szczegółów…

I pewnie Pan nie pozna.

Na tym ma to polegać. Zrozumiałem, że dziecięca ufność ma być właśnie taka – bezwarunkowa. Takie dotknięcie jest łaską, a zatem kolejnym krokiem jest dzielenie się – ewangeliczne świadectwo. Siła oddziaływania świadectwa osoby znanej, która publicznie mówi, że doświadczyła Bożej interwencji, jest ogromna. Mówię ludziom to, czego doświadczyłem, czego doświadczyła moja żona, rodzina, i jak Jezus działa obecnie w naszym życiu. Ale należało oczywiście dokonać wielu zmian, stanąć w prawdzie o swoim życiu, nawrócić się, zmienić wiele rzeczy, zrezygnować z programu mimo intratnych propozycji.

Brzmi to ciekawie: „spotkałem Jezusa, zrezygnowałem z piekielnej kuchni”.

A jak to miałoby zabrzmieć? Co ludzie chcieliby usłyszeć? „Brzmienie” w uszach ludzkich to ostatnie, czego trzeba się obawiać. To nie ma być „wersja” – to musi być prawda. Potrzeba świadectwa jest bardzo ważna, przekonałem się o tym, ale przecież i Pismo Święte mówi o radości z nawrócenia jednego grzesznika, a z drugiej strony o piętnowaniu za wiarę. Pójście za Chrystusem wiąże się z konsekwencjami.

Pan je odczuł?

Oczywiście, że tak. Nie wszystkim to się podoba, ale za tych, którzy drwią i złorzeczą, trzeba się modlić. Jest to trudne, ale konieczne, by nie odpowiadać w ten sam sposób. Modlitwa pokona wszystko. Żyjąc rzeczywistością Jezusa, doświadczamy Jego obecności, Jego cudów, które są namacalne – ja mam wiele takich przykładów. A gdy decydujemy się wypełniać Jego wolę, od razu zostajemy postawieni w sytuacjach, które wymagają od nas wiary i wiedzy. To dwie wartości, które się uzupełniają – żeby nabyć wiedzy, musimy poznać Ewangelię – coś, co przez lata zaniedbywałem, stało się dla mnie drogowskazem. Gdy Kasia Olubińska przyjechała nagrać świadectwo mojej rodziny, modliłem się, prosząc o Słowo. Dostałem od razu: „Ty, o synu człowieczy, powiedz swoim rodakom (…)” (Ez 33,10-12). Konkretniej się nie da.

Przed naszą rozmową też prosił Pan o Słowo?

Owszem. „Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą” (J 17,17). To naprawdę zwyczajna, normalna rzeczywistość: dialog z Jezusem, który jest obok. On mówi w bardzo konkretny sposób. On uczy wszystkiego, prowadzi, więc jest Drogą. Objawia, bo jest Prawdą i daje nowe życie.

I co, On kazał Panu zrezygnować z telewizji?

Dostałem nowe życie. W Nim. I to jest konsekwencja zmian w moim życiu. Poznając prawdę o sobie, weryfikując ją z nauką Kościoła, doświadczając łask i obecności Ducha Świętego, podjąłem świadomą decyzję, jak pierwsi apostołowie – rybacy, że pójdę za Nim. Nigdy nie myślałem o karierze telewizyjnej, ona przyszła wraz z konkretnymi osiągnięciami, jak gwiazdka Michelin. Ale to nie jest też tak, że przekreślam zawodową przeszłość, w tym przeszłość telewizyjną. Nie przekreślam, bo to moje życie, wiele lat wysiłków. Autorytet w zawodzie zdobywałem ciężką pracą. Nie zostałem „głową wyskakującą z telewizora”. Wiem natomiast, że moja droga zawodowa, a teraz duchowa, prowadzi w konkretne miejsce, do konkretnego celu. Dostałem nowe zadanie i muszę je wykonać. Obecnie powołuję Fundację Nowe Życie Polska, której celem będzie pomoc młodym ludziom. W każdym człowieku Bóg złożył dary, talenty. Dzięki fundacji chcę podarować młodym lepszą przyszłość. Fundacja będzie się opiekować młodymi ludźmi nie tylko „po przejściach”, na zakrętach życiowych, ale też po prostu młodzieżą, która ze względu na sytuację materialną rodziny czy środowisko, z którego wychodzi, nie miałaby szans odnaleźć swojej drogi, zbudować nowego życia czy w ogóle do niego wystartować. Z Bożą pomocą my ten proces będziemy uruchamiać. Wspierać. Inicjować.

W jaki konkretnie sposób?

Sercem Nowego Życia będzie… nowa restauracja. Fundacja będzie prowadzić to miejsce, pozyskując w ten sposób środki na swoje statutowe działania. Nie powiem na razie, gdzie powstanie, to jeszcze tajemnica.

Chrześcijaństwo w działaniu…

Działanie Jezusa w moim życiu niewątpliwie spowodowało uwrażliwienie na różne problemy społeczne: na marnowanie żywności, poczucie braku perspektyw wśród młodych czy bezdomność. Papież Franciszek mocno podkreśla znaczenie Bożego miłosierdzia, czym szczerze mnie zainspirował. Myśląc więc o godności drugiego człowieka, warto pomyśleć, jak mu pomóc. Fundacja będzie zatem realizować również takie działania, dawać „wędkę”, by przywracanie godności miało inny wymiar, by marnowanie żywności przekuć w karmienie głodnych, by uruchamiać inicjatywy i korzystać z wielu otwartych już drzwi – które takiej pomocy udzielają. Przy okazji mojego świadectwa i planów związanych z fundacją otrzymałem dużo propozycji wsparcia – od osób, które podobnie jak ja mają uporządkowane materialnie i zawodowo życie, a jednak czują pustkę. Chcą się zaangażować, a przede wszystkim chcą doświadczyć Jezusa.

Ależ Pan ma power!

O power trzeba prosić. Wtedy się go dostanie.

A jeśli mimo próśb jest cisza?

Ciemności doświadczała przez wiele lat Matka Teresa. Tym większa jest potem nagroda. Natomiast bez względu na to, jak wygląda nasza droga, konieczna jest absolutna pokora i dziecięce zaufanie. Wszystko inne przyjdzie, o ile licuje z wolą Bożą. Zegar u Pana jest inny niż u nas. My obliczamy i jesteśmy niecierpliwi, a On buduje i nie patrzy na nasz czas. Zrozumiałem to, wchodząc w Odnowę w Duchu Świętym. Doświadczyłem tam powiewu, innego podejścia do wiary, żywego Boga i Słowa. To pewnie nie jest droga dla wszystkich. Jednak warto wyjść i szukać, konfrontować naszą wiarę, przyzwyczajenia z czymś nowym, innym. Do niedawna miałem obraz siebie jako dobrego katolika, który „chodzi do kościoła i nikogo nie zabił”. I w ogóle nie zastanawiałem się, czego tak naprawdę się ode mnie oczekuje, jakie jest moje powołanie. Jedno z pierwszych pytań, które utkwiło mi po doświadczeniu żywego Jezusa, brzmiało: „Czy modlisz się za swojego proboszcza?”. On, ksiądz, potrzebuje modlitwy?. „Czy pogłębiasz swoją wiarę poprzez studiowanie Pisma Świętego? Czy zatrzymałeś się na wiedzy ze szkolnej katechezy?” I cała masa prostych pytań. Jak bez tego można rozumieć religię, żyć według Ewangelii? Jak bez tego przeciwstawiać się złu? Jezus nie pozostawia nas samych ze złem, bezbronnych w walce z szatanem. Daje nam narzędzia i daje nam swoją Matkę – Arkę Przymierza naszych czasów.

Doświadczył Pan uzdrowienia w rodzinie. Wtedy można mieć i radość, i ufność. Ja się modliłam, prosiłam. Przyszła śmierć.

Nie licytujmy się na wartości i uczucia. Nie możemy się oceniać, porównywać. Nie znamy drugiej osoby. I co, Pan Bóg stracił słuch? Nie dosłyszał? Taka jest teza?

Mógł wytłumaczyć „dlaczego”.

Mam taki obraz: osoba, która nie rozumie „dlaczego”, spotyka Pana Boga, rozmawia z Nim na temat całego swojego życia i w pewnym momencie pojawia się nieprzeciętnie piękna postać, w lśniących szatach, jaśniejąca miłością i mocą Bożą. Jest tak piękna, że trudno od niej oderwać wzrok. Zamienia kilka słów ze Stwórcą i wychodzi. Nie sposób nie zapytać Pana Boga: kto to był? I On spokojnie odpowiada, że to twoja najbliższa osoba, o którą miałaś tyle żalu, nie rozumiałaś „dlaczego”… Bóg wie najlepiej – jest Ojcem. A Ojciec dba najlepiej. Naszym docelowym miejscem nie jest ziemia. A więc gdzie jest dziecięce zaufanie, że On wybrał najlepiej? Jeśli kiedyś przyjdzie mi doświadczyć dopustu Bożego w postaci cierpienia, to pewnie będzie to egzamin z ufności i wiary. Takich sytuacji nie da się „zagdybać”. Staram się poznawać moją wiarę i ten plan Jezusa, który ma w stosunku do mnie. Mam nadzieję, że jeśli przyjdzie trudne doświadczenie, będę prosił, żeby On był wsparciem. Nic nie jestem w stanie zrobić bez Jego pomocy. To jest całkowite chodzenie za rękę. Chodzenie po wodzie, niespuszczanie Go z oczu.

Jeździ Pan regularnie na Przeprośną Górkę, do pustelni Czatachowa. Jak to się zaczęło?

Pierwszy raz pojechałem, bo ktoś z rodziny wspomniał o tym miejscu. Byliśmy z żoną w takim momencie, że wiedzieliśmy, że chcemy coś zmienić, że musimy. Byliśmy też po prostu ciekawi. Jest tam sanktuarium św. Ojca Pio, wyjątkowe miejsce. I tak ja, w kościele przebierający nogami przez 45 minut Mszy, zacząłem cieszyć się spotkaniami modlitewnymi trwającymi po sześć godzin. Obecność Ducha Świętego jest tam niesamowita. Ojciec Daniel, który prowadzi te spotkania, jest jednym z najpokorniejszych i najbardziej uniżonych kapłanów, jakich poznałem. Ja zresztą najpierw przyszedłem nieco… ukryty. Stanąłem w tłumie, szczelnie owinięty szalem, żeby nikt mnie nie rozpoznał i nie zaczepiał. I wtedy usłyszałem słowo o. Daniela: „Czemu się chowasz?” – wiedziałem, czułem, że to do mnie. Zdjąłem ten cały szal i po prostu się modliłem, przez nikogo nie niepokojony, traktowany zwyczajnie. W obliczu Boga jesteśmy naprawdę mali. Musimy zdać sobie sprawę z tego, przed Kim stajemy, a tej pokory, a zarazem bojaźni Bożej, uwielbienia, miłości i miłosierdzia oraz modlitwy serca uczy o. Daniel.

Pracuje Pan z ludźmi młodymi. Co chce im Pan przekazać? Pytam o tajniki kuchni.

Trudno odpowiedzieć jednym zdaniem. Ale współczesnym młodym najbardziej chyba brakuje cierpliwości. Teraz młodzież „wszystko wie”, bo „widziała na YouTube”. To oczywiście skrót myślowy, ale pokazuje kaleczący trend. Gdy się natomiast wskaże adeptowi kulinarnemu, że brakuje mu po prostu cierpliwości i przepracowanego czasu, pojawia się pretensja, że ktoś nie docenił geniuszu. W gastronomii potrzeba pokory, czasu, doświadczenia i wiedzy. Nad moją warszawską restauracją (Atelier Amaro – przyp. red.) widnieje napis: „Gdzie natura spotyka się z nauką”. Nie wszyscy rozumieją to przesłanie. Nauka to wiedza, którą można posiąść poprzez studia lub praktykę. Wymagam więc od siebie i moich pracowników, by mieli gruntowną wiedzę o każdym produkcie, którego używamy. A natura jest darem od Pana Boga, On ją stworzył i oddał człowiekowi. Z połączenia natury i nauki powstaje moja kuchnia. Natomiast samo pojęcie „kuchnia molekularna”, z którą jesteśmy kojarzeni, to po prostu jedna ze stosowanych przez nas technik.

Naprawdę Pana pracownicy biegają po lesie, szukając jadalnych roślinek, korzonków?

Oczywiście. Czerpiemy z natury, więc wyjeżdżamy do natury i tam szukamy inspiracji. Potem na jednym talerzu spotyka się kilka środowisk: góry, lasy, pola, zagrody. Trzeba też pamiętać, że za każdym posiłkiem stoją ludzie, jakieś doświadczenie, czyjaś historia. Ktoś przecież produkt uprawia, hoduje, potem zbiera, wysyła, przyrządza. Jeździmy więc po Polsce, dotykamy, zbieramy. To również element edukacji, bo chcę kształcić kucharza, który wie, skąd naprawdę bierze się produkt i skąd bierze się cała kompozycja dania.

Przed nawróceniem mówił Pan, że przy takiej pracy nie ma wiele czasu na rodzinę. Teraz jest ciut lepiej?

Gdybym powiedział, że jest ciut lepiej, skłamałbym. Jest o niebo lepiej. (śmiech) Mimo pracy i obowiązków. Po prostu najpierw jest Pan Bóg, więc w sposób naturalny na drugim miejscu jest rodzina, a potem praca, pasje. Dało się to przeprogramować, choć jeszcze dwa lata temu sam bym w to nie uwierzył. To moje niesamowite odkrycie: co daje podporządkowanie się Bożym zasadom…

A co Pan gotuje, gdy bliscy proszą?

Wszystko. Syn ma charakter nieustępliwy, a ja mam dla niego miękkie serce, więc potrafi mnie wkręcić w naleśniki o północy.

Molekularne?

Jakie molekularne!? Zwyczajne! Sam mielę mąkę orkiszową i smażę. Zawsze też, czy to w domu czy w atelier, gotuję z lokalnych produktów sezonowych. Są najświeższe i najlepsze. Moja kuchnia polska.

W skeczu Kabaretu Młodych Panów zagrał Pan samego siebie przychodzącego do zwykłej restauracji. Nastąpiła kuchenna tragikomedia. Z życia wzięte?

Tak. Bywa, że najpierw widzę błysk w oku, a potem – jeszcze przed zamówieniem i zjedzeniem dania, proszony jestem o wpis do księgi pamiątkowej. (śmiech) Potem bywa jeszcze weselej. Tymczasem oczekuję kuchni… szczerej. Czy to będą makarony, burger czy ogórkowa, oczekuję szczerości, pasji, które tworzą spójną filozofię miejsca. Mam alergię na restauracje napuszone, napompowane modą i zabiegami marketingowymi. Wolę kuchnie uczciwą, od serca. Najlepiej smaczną i dobrze podaną.

Jak mogły smakować potrawy na… ostatniej wieczerzy?

A jak mogła smakować ryba wyciągnięta wprost z wody i sprawiona od razu? Czego ona potrzebuje?

Ognia i soli?

Właśnie. Jezus w Ewangelii mówi o wadze szczypty soli. Jeśli jest jej za dużo, to źle, jeśli za mało – to potrawa nie ma smaku. Daje w tym odpowiedź, co jest potrzebne i w kuchni, i w życiu. „Wy jesteście solą ziemi” (Mt 5,13-16). Przepis na dobre życie i doskonałą rybę z ostatniej wieczerzy. 

Wojciech Modest Amaro - kucharz i restaurator. W 2008 r. wyróżniony przez Międzynarodową Akademię Gastronomiczną tytułem „Chef de L’Avenir”. W Warszawie otworzył restaurację Atelier Amaro, która w 2013 r. jako pierwsza restauracja w Polsce została oznaczona gwiazdką Michelin.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9