Więcej niż cuda

W Polsce nie brakuje uzdrowień za wstawiennictwem włoskiego stygmatyka. Dużo ważniejsze są jednak przemiany duchowe, dokonujące się za jego pośrednictwem.

Reklama

Dzięki zbliżeniu się do niego ludzie odzyskują nadzieję. Znam przypadki osób, które spowiadały się w naszym kościele pierwszy raz od 50 lat. Schodzą się także małżeństwa po rozwodach – mówi GN ks. Andrzej Kuflikowski, proboszcz parafii św. Ojca Pio w Warszawie. Przyznaje, że, podobnie jak w przypadku wielu Polaków, jego fascynacja zakonnikiem z Pietrelciny rozpoczęła się od obejrzenia filmu „Ojciec Pio” w reżyserii Carla Carlei. Obraz poświęcony stygmatykowi, obdarzonemu darami bilokacji i czytania w ludzkich sumieniach, na wielu zrobił ogromne wrażenie. Jednak do intensywnego zgłębiania duchowości kapucyna zachęciła katolików przede wszystkim decyzja Jana Pawła II o jego kanonizacji. Wyniesienie o. Pio na ołtarze dało impuls do szybkiego rozwoju kultu tej postaci w Polsce, czego wyrazem jest 12 parafii pod jego wezwaniem, kilka sanktuariów oraz ponad 300 grup modlitewnych. Dużym zainteresowaniem cieszą się również książki poświęcone świętemu, a także dwumiesięcznik „Głos Ojca Pio”, który regularnie dostarcza czytelnikom prawie 100 stron poświęconych duchowości zakonnika.

Zainteresowanie postacią włoskiego stygmatyka rośnie, pomimo tego, że recepty, które dawał wiernym na zbawienie, wcale nie są atrakcyjne dla współczesnego człowieka. – Dzisiaj ludzie nie akceptują cierpień i trudności, chcą się od nich uwolnić, a o. Pio uczy, jak akceptować wolę Bożą i nieść swój krzyż – mówi GN o. Eugeniusz Maria Lorek, rektor sanktuarium św. Ojca Pio w Świętej Górce Przeprośnej. Z drugiej strony droga wyznaczona wiernym przez kapucyna nie jest skomplikowana. Duszpasterze podkreślają, że wystarczy być wiernym Bogu i starać się żyć sakramentami. – Na kazaniach powtarzam: Ojciec Pio mówi, że droga do świętości to nieustanne powstawanie z upadków w spowiedzi i w Komunii – mówi ks. Kuflikowski.

Modlitwa i miłosierdzie

– Nie ma chyba diecezji, w której nie byłoby Grup Modlitwy Ojca Pio. Pierwsza powstała na początku lat 70. – mówi GN br. Roman Rusek, krajowy koordynator GMOP. Na świecie do takich wspólnot należą w sumie 3 mln katolików. W Polsce, pod względem liczby członków, rekordy bije Nowy Sącz, w którym istnieje grupa licząca 2 tys. osób, standardowo do jednej należy ok. 30 osób. Jaka jest geneza GMOP? Pius XII, widząc okrucieństwa II wojny światowej, nienawiść, cierpienie i podziały między ludźmi, wezwał cały Kościół do tworzenia grup, które modliłyby się o pokój. Jako pierwszy na apel papieża odpowiedział właśnie o. Pio, zakładając w 1947 r. taką wspólnotę w San Giovanni Rotondo. Jej działanie miało być ściśle powiązane z wielkim dziełem włoskiego stygmatyka: Domem Ulgi w Cierpieniu. Jeden z najnowocześniejszych szpitali w Europie, wybudowany w 1956 r., został poświęcony opiece duchowej i materialnej grup. Wkrótce zaczęły one powstawać na całym świecie. Każda grupa ma kierownika duchowego, lidera świeckiego, jego zastępcę oraz sekretarza. Funkcjonowanie wspólnoty opiera się na modlitwie różańcowej, odmawianiu Nowenny do Najświętszego Serca Pana Jezusa (jedna z ulubionych modlitw o. Pio), uczestnictwie w Mszach św. i adoracji Najświętszego Sakramentu. Istotne są także świadectwa, które dają członkowie, dzieląc się z innymi tym, jak przez o. Pio Bóg działa w ich życiu. Grupy spotykają się co najmniej raz w miesiącu, regularnie odbywają się rekolekcje i dni skupienia. W formacji wspólnot największy nacisk kładzie się na uczynki miłosierdzia. Ojciec Pio powiedział bowiem, że grupy mają być szkołami wiary, ale także ogniskami miłości. Dlatego poza modlitwą i własną formacją angażują się w pomoc bliźnim. – W tym roku staramy się zebrać środki dla centralnej Afryki, gdzie pracują misjonarze. Chcemy wybudować tam studnię dla dużej wioski – wyjaśnia br. Rusek. Dzięki wsparciu materialnemu grup w Krakowie funkcjonuje Dzieło Pomocy Ojca Pio, skierowane do osób bezdomnych. Na miejscu pracownicy wydają im 300 posiłków dziennie, a uzależnionym ad narkotyków i alkoholu udzielają pomocy psychologicznej.

Prezent od przyjaciółki JPII

W kościele na warszawskim Gocławiu uwagę przykuwa nietypowa Droga Krzyżowa: przy piątej stacji, zamiast Cyrenejczyka, widać podobiznę o. Pio, niosącego krzyż za Pana Jezusa. – On mówił tak: ja wam krzyża zabrać nie mogę, ale pomogę wam go nieść – wyjaśnia ks. Kuflikowski. Proboszcz opowiada, jak kilka lat temu dostał od biskupa zadanie, żeby postawić tutaj świątynię. Długo zastanawiał się, kto powinien zostać patronem, aż wreszcie przyszła odpowiedzieć: Ojciec Pio. Kapłan wspomina, jak w 2004 r. był na audiencji u Jana Pawła II. Podczas tamtego spotkania pokazał papieżowi obraz świętego, który miał zawisnąć w kościele. – Ojciec Święty ucieszył się, że Warszawa będzie miała tak solidnego patrona – opowiada kapłan. W działającej od 12 lat parafii kult św. o. Pio rozwija się bardzo intensywnie. We wtorki odbywa się nowenna do świętego połączona z peregrynacją relikwii, a 23. dnia każdego miesiąca (zakonnik umarł 23 września 1968 r.) Msza św. w intencji wszystkich modlących się za wstawiennictwem kapucyna. Przynajmniej dwa razy w roku wierni jeżdżą na pielgrzymki do San Giovanni Rotondo. W dniach skupienia Grup Modlitwy Ojca Pio w parafii regularnie uczestniczy ok. 300 osób. Od dwóch tygodni w kościele znajduje się duży zbiór relikwii o. Pio, podarowanych parafii przez Wandę Półtawską, która 60 lat temu została cudownie uzdrowiona za wstawiennictwem świętego. Sam Karol Wojtyła wysyłał w jej sprawie listy do włoskiego stygmatyka. – To są dwaj wielcy świeci, ściśle powiązani ze sobą: jeden uzupełnia drugiego – tłumaczy proboszcz Kuflikowski. Obecnie już 95-letnia przyjaciółka papieża nadal jest bardzo aktywna: w parafiach Ojca Pio dzieli się z innymi swoim świadectwem.

W gablocie na Gocławiu znajdują się ułożone w kształt kwiatu skrzepy krwi świętego, bandaż, którym zakrywał stygmaty, oraz podpisane przez zakonnika obrazy i koperty. W świątyni została także wystawiona księga cudów i łask. – Przyjeżdżają do nas ludzie z całej Polski. Wystąpiliśmy już do biskupa o ustanowienie naszego kościoła sanktuarium – tłumaczy proboszcz.

Zapach fiołków

Kiedy rozmawiam z o. Lorkiem, z przyspieszonym oddechem właśnie dociera na wzgórze, żeby zająć się kolejnymi pielgrzymami. Pracy nie brakuje. – Relikwie są wystawione non stop – to krew, która wypływała z serca o. Pio. Coraz więcej ludzi przybywa tutaj dziękować Mu za wyproszone u Boga łaski – mówi kapłan. Dodaje, że pielgrzymi chętnie uczestniczą w wyjątkowej Drodze Krzyżowej na Górce Przeprośnej – pomiędzy stacjami zachowano odległości, które rzeczywiście pokonał w Jerozolimie Chrystus.

Moi rozmówcy przyznają, że słyszeli o wielu uzdrowieniach za wstawiennictwem świętego, jednak mówią o nich dość niechętnie. Dlaczego? – My do tego nie przywiązujemy wagi, bo nie chcemy, żeby ludzie biegali za o. Pio, oczekując cudów. Ważne, żeby umacniali się w wierze – tłumaczy rektor sanktuarium. Jeszcze bardziej obrazowo mówi ks. Kuflikowski. – Dla świata cudem będzie to, że komuś odrosła ręka, ale przecież człowiek prędzej czy później i tak ją straci: jeśli nie teraz, to po śmierci. Tutaj chodzi o zbawienie – podkreśla kapłan.

Brat Roman Rusek zgadza się na opowiedzenie jednej z historii, które słyszał. – Dwa tygodnie temu sprowadzałem relikwie do Rudy Śląskiej. Poznałem tam mężczyznę, który 25 lat temu był nieuleczalnie chory na raka – mówi kapłan. Przeszedł wiele operacji. Po chemioterapii poczuł intensywną woń fiołków (według świadków właśnie taki zapach wydzielały rany stygmatyka) i towarzyszącą mu obecność o. Pio, do którego zwracał się w swojej chorobie. Wkrótce okazało się, że mężczyzna jest zupełnie zdrowy. – Był bardzo wdzięczny, zafundował swojej parafii relikwiarz, chciał żeby o. Pio był tam obecny. Wkrótce powstała tam także grupa modlitewna – opowiada duchowny.

Brat Rusek oraz inni kapucyni sprowadzają relikwie prosto z San Giovanni Rotondo. W jednym z wywiadów śp. o. Bogusław Piechuta, przez całe życie zaangażowany w rozpowszechnianie kultu świętego w naszym kraju, przyznał, że przywiózł tutaj prawie 50 tys. relikwii III stopnia. Dlaczego Polacy tak pokochali zakonnika z Pietrelciny? – Zostawił nam przesłanie, które trafia do każdego: mimo że jestem słaby i grzeszny, to chociaż to niełatwe, mogę stanąć przed Bogiem w prawdzie, a On da mi siły – podsumowuje ks. Kuflikowski.

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7