W niebo wpatrzeni

Wniebowstąpienie jest dopowiedzeniem Wielkiej Nocy. Co było nierozpoznane w zmartwychwstaniu, teraz staje się powszechnie wiadome. Jezus wstępuje do Ojca w chwale, a to każe raz jeszcze spojrzeć na Jego, a także na nasze ciało.

Reklama

Jezus wstępuje do nieba całym ciałem. I to jest być może najważniejsze, choć niemal zupełnie umyka naszej uwadze. Tylko kilka razy w życiu, w owych momentach wiecznych, poznajemy przez miłość. Na co dzień pozostaje ból: najbardziej powszechne z najbardziej prywatnych narzędzi poznawczych. Ból jest granicą poznania o szerokim odczuciu rzeczywistości: uciekając od cierpienia, znosząc krzywdę, przyczyniając się do nieszczęścia. Tę granicę znosi dopiero Zmartwychwstały.

Poznanie przez ciało

Apostoł Tomasz warunkuje poznanie Jezusa powstałego z martwych ujrzeniem ran i ich dotknięciem („Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego...”– J 20,25). Zmartwychwstały zgadza się na żądania Tomasza, co genialnie przedstawił Dürer: Jezus chwyta dłoń Tomasza i przyciąga ją do swego boku, wkłada niejako jego ból w swój. Zmartwychwstały staje przed uczniami w ciele chwalebnym, w ciele już nieznającym bólu. Nosi ono ślady cierpienia, rany są widoczne, jednak ich wizualny aspekt pozostaje enigmatyczny. Ewangelie nie rozpisują się na ten temat, pozostawiając całą sferę pytań. Nie są one ważne dla ucznia, który wykrzykuje: „Pan mój i Bóg mój!”. Są ważne dla mnie, tuż przed ostatecznym rozpoznaniem. Czy Tomasz, a w nim i ja także, włożył palec w bok Jezusa? Chcę wierzyć, że rozpoznanie dokonało się przez miłość, nie przez cierpienie. Chcę wierzyć, że i ja w chwili śmierci zostanę rozpoznany przez Niego przez miłość, a nie przez ból.

Zmartwychwstały daje się rozpoznać po ranach, pokazując, że śmierć była prawdziwa. Nie było udawania i nie było sztuczek. Dłonie i stopy to potwierdzają. Przebity bok – śmiertelna rana – jest tego dowodem. I właśnie w takim ciele Jezus wstępuje do nieba. Nie rozpina kombinezonu ciała, nie zdejmuje płaszcza cielesności, aby stać się czystym duchem. To wydarzenie czyta się tak, jak zostało napisane: w ciele wstąpił do nieba. Chwalebne ciało, ale wciąż noszące podpis mojej ludzkiej historii – poranione, pohańbione, wyszydzone – powraca do Ojca i takie zostaje przyjęte. Odtąd moje ludzkie ciało wraz z całym doświadczeniem cielesności – starzeniem się i młodością, siłą i słabością, seksualnością i wstrzemięźliwością – jest wprowadzone we wspólnotę Trójcy Świętej. Co wiedzą o tym moje czasy, podobno tak naznaczone cielesnością, strzeżone przez wątpliwych strażników: anoreksję, bulimię, pornografię?

Jest zadziwiająca logika w wydarzeniu wniebowstąpienia. Z jednej strony, jakby na pierwszym planie, jest opis chwały Boga. Jednocześnie, na drugim planie, jest w nim zadziwiająca i wzruszająca skromność Boga. Jezus nie tylko zmartwychwstał, ale także powrócił do Ojca. Cała misja została zrealizowana. Jezus jest ostatecznym zwycięzcą. Gdyby po zmartwychwstaniu pozostał na ziemi, mogłoby to być odczytane, że dom Ojca jest dla Niego zamknięty, a Jego zwycięstwo było tylko częściowe, bo ziemskie. Nic z tego. Wniebowstąpienie to powrót zwycięzcy. Że nie ma tu rydwanu ognia, fajerwerków dla maluczkich – to właśnie logika działania Jezusa. Cichego i pokornego – to Jego znak rozpoznawczy. To też znak rozpoznawczy dla nas, którym nigdy nie zabrał wolności, którym pozwalał się poznawać w ciągle ponawianej cichej modlitwie. Widzę to wyraźniej: Bóg w chwale nie jest krzykliwy.

Wiara rodzi się z kryzysu

Wiara pierwszych uczniów została zbudowana na widzeniu. Dotykaliśmy Pana, widzieliśmy, potwierdzają to nasze oczy – wielokrotnie powtarza się to na kartach Ewangelii. Apostołowie doświadczyli kryzysu wiary, gdy zabrali Pana (J 20,2). A może kryzys jest miejscem narodzin wiary? Wiara rodzi się z wiary, nie z widzenia, dotykania, smakowania. Zastanawiam się: gdyby Jezus pozostał z nami po swoim zmartwychwstaniu, tak jak chce tego serce, to czy byłoby jeszcze miejsce na wiarę? Pewnie nie. Tej mocy cudu pomiędzy nami (zmartwychwstanie) nikt by się nie oparł. Jezus przytłoczyłby swoją osobą, narzucił wiarę, bo nie można byłoby uciec ani schronić się przed Nim. Musielibyśmy wierzyć, nie byłoby wyjścia. Odejście Jezusa jest nienaruszeniem mojej wolności: ja mogę uwierzyć, ja mogę też odejść.

Święto świąt

Leon Wielki napisał, że „to, co było widzialne w naszym Zbawicielu, przeszło w sakramenty”. Wniebowstąpieniu towarzyszy nasz smutek, ponieważ odejście Chrystusa jest odbierane jako „nieobecność”. Był z nami i już Go nie ma. Pozostawił po sobie puste miejsce. Otóż niedokładnie. Tak wstąpił do nieba, że z nami pozostał. Jesteśmy jak uczniowie w Emaus, którym pałają serca (Łk 24,32). Tak właśnie poznajemy i dotykamy teraz Pana. Palce, które były wkładane w rany, teraz zamieniają się w nasze duchowe zmysły. Poznajemy Pana w sakramencie Jego słowa. Słuchamy w sakramencie pokuty i pojednania. Zostajemy dotknięci w namaszczeniu chorych. Nasze życie jest dotknięte przez Jego obecność – w małżeństwie, w chrzcie, Eucharystii.

Święto świąt, tak właśnie nazwał Wniebowstąpienie Epifaniusz z Salaminy. I rzeczywiście zdumienie ogarnia, jeśli sobie uświadomię, że odtąd moje ciało, a wraz z nim mój czas i ludzki wszechświat mają już na zawsze wymiar trynitarny.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10