Coś zmienić, przynajmniej próbować

– Z perspektywy Albanii doceniam prąd w gniazdku i bieżącą wodę – mówi wolontariuszka. Kolejny kierunek to Syberia.

Reklama

Ula Skotny rozkłada na stole czerwoną koszulkę z herbem Albanii, szal i kosmetyczki w tradycyjne tamtejsze wzory, rozmówki polsko-albańskie, kilka monet, stare bilety… Przywiezione z czterech pobytów w tym kraju. W sumie w Albanii spędziła pół roku. – Tam nauczyliśmy się, czym jest wolontariat misyjny. To prawdziwy dar od Boga, lekcja pokory i radości – mówi o tych wyjazdach.

Na dwóch pierwszych był również Paweł Kuś. Do Wolontariatu Misyjnego Salvator należą od 2011 r., czyli od początku jego działalności. Znają się też z Gliwic, bo studiują na tym samym wydziale Politechniki Śląskiej. Ula kończy drugi rok biotechnologii, a Paweł czwarty automatyki i robotyki.

Powroty do Albanii

Jubica to miejscowość na północy Albanii, gdzie pracują księża salwatorianie. Ula i Paweł po raz pierwszy wyjechali tam w 2012 roku. Chociaż to kraj w większości muzułmański, w tym miejscu żyje sporo chrześcijan. – Przez wiele lat nie było tam księdza. Można powiedzieć, że oni na nowo uczą się wiary. Tego, kim jest Bóg i jak żyć wiarą – zauważa wolontariuszka. – Przez lata reżimu praktycznie nie było tam Kościoła. W czasie tych wyjazdów chcieliśmy też podzielić się tym, jak sami przeżywamy wiarę. Nie tylko jako uczestnictwo w nabożeństwach, ale relację z Bogiem – dodaje Paweł.

Ula pochodzi z Podkarpacia, do wolontariatu trafiła po tygodniu misyjnym, na który do jej rodzinnej parafii przyjechali klerycy salwatorianie. Efektem tego jest dziś spora grupa młodych ludzi z Dębicy zaangażowanych w Wolontariat Misyjny Salvator. Ula jest liderką śląskiego regionu, wcześniej pełniła tę funkcję w rejonie krakowskim. Paweł pochodzi z okolic Bielska-Białej. Na pytanie o początki w wolontariacie odpowiada: powiem, jak tu trafiłem i dlaczego zostałem. Zaczęło się podobnie, od rekolekcji salwatorianów w jego parafii.

– Zawsze marzyłem o podróżach, a wolontariat umożliwił mi to. Ale gdyby to był jedyny powód, to dawno by mnie już tu nie było. Zostałem dzięki wspólnocie. Kiedy przez rok byłem mniej zaangażowany, przekonałem się, jak bardzo brakuje mi tych ludzi. Ich bezinteresownego zaangażowania tam, gdzie tylko mogą. Wielu myśli o wakacjach jako czasie odpoczynku i zarobku, tu spotykam ludzi, którzy czasem biorą urlop bezpłatny na wyjazd. Żeby gdzieś pomóc, coś zmienić albo przynajmniej spróbować zmienić. Od początku bardzo mi to imponowało i kiedy trochę się wycofałem, to mi tego brakowało – opowiada.

Sʼka problema, czyli bez pieniędzy

Ula, opowiadając o zadaniach misyjnych, unika słowa „praca”, zgrabnie zamienia je na „pomoc potrzebującym”, bo wyjazd do pracy kojarzy jej się bardziej zarobkowo. – A my po prostu dzielimy się swoimi talentami, umiejętnościami – wyjaśnia. W Jubicy prowadzili zajęcia plastyczne dla dzieci, uczyli je angielskiego, grali w piłkę. W czasie jej ostatniego wyjazdu, zimowego, w grudniu ubiegłego roku, już dużo łatwiej mogła porozumieć się z dziećmi po angielsku. – Minęły cztery lata, a one bardzo się rozwinęły. Często starsze przychodzą do pomocy w prowadzeniu zajęć. Tłumaczą młodszym na albański, a czasem po prostu sprowadzają je do poziomu, żeby były grzeczne. To jest właśnie fajne, że jest taka ciągłość – dodaje.

Z pobytów w Albanii szczególnie ciepło wspominają Jozefa, którego wszyscy nazywali po prostu „Zef”– starszego mężczyznę, który przyjeżdżał rozklekotanym motocyklem, w rodzaju naszego „komara”, zawsze godzinę przed Mszą św. Przychodził na plebanię, żeby porozmawiać z wolontariuszami. Znał tylko albański, więc jego słowa wdzięczności dla młodych Polaków musiał tłumaczyć ks. Artan Seli, salwatorianin z Albanii. A potem Zef całował ich po kolei w czoło. Paweł nawet został zaproszony do jego domu na obiad. Gościnność Albańczyków wyrażała się też w wielkiej ilości soczystych, słodkich arbuzów, melonów czy fig oraz warzyw i worków z ziemniakami, które przynosili na probostwo z szerokim uśmiechem na twarzy. A kiedy w sklepie okazywało się, że są od ks. Artana, słyszeli tylko „S’ka problema” (Nie ma problemu) i nie było mowy o zapłacie.

– Dzięki tym wyjazdom uczymy się dostrzegania wartości zwykłych rzeczy. Z perspektywy Albanii doceniam np. prąd w gniazdku czy bieżącą wodę i inne codzienne rzeczy, dla nas błahe – mówi Ula. Będąc w Jubicy, dojeżdżali też do ośrodka sióstr misjonarek Miłości do Szkodry. Pomagali tam w różnych pracach i opiece nad niepełnosprawnymi kobietami. – Dla mnie to było najważniejsze doświadczenie misyjne – wspomina wolontariuszka. Paweł z kolei z osobami niepełnosprawnymi spotkał się na swoim wyjeździe do Gruzji. – To było dla mnie wyzwanie, bo nie miałem wcześniej takiego doświadczenia, ale bardzo mnie to wzbogaciło, ta radość i otwartość tych ludzi – wspomina.

Syberia na dwa sposoby

W czasie tych wakacji wyruszają na Syberię. Ula na miesiąc jedzie do Bracka, ponad 600 km na północny zachód od Irkucka. Razem z innym wolontariuszem, Michałem Wróblewskim z Łodzi, będą pomagać w świetlicy dla dzieci z rodzin patologicznych prowadzonej przez siostry służebniczki NMP Niepokalanie Poczętej. Paweł z kolei razem z Katarzyną Błach z Lublina wyjeżdża do Wierszyny. To polska wioska, około 100 km od Irkucka, gdzie mieszkają potomkowie emigrantów sprzed I wojny światowej. Będą gościli w tamtejszej parafii, a swój pobyt rozpoczną od pomocy w rekolekcjach nad jeziorem Bajkał.

Poza wolontariatem angażują się w działania Katolickiego Związku Akademickiego w ramach gliwickiego DA. Mają też inne pasje. Ula chodzi po górach i pomaga w biurze WMS. Paweł jest w grupie autostopowej. – Nie tylko przemierzamy kraje, to są też podróże duchowe. Poznajemy ludzi, rozmawiamy na różne tematy, często o wierze. Nasza wspólnota nazywa się Piękne Stopy i należą do niej ludzie z różnych wolontariatów – wyjaśnia.

– Czasem trudno mi wytłumaczyć niektórym znajomym, dlaczego tak spędzam część wakacji – mówi Ula. – Czasem słyszę: „o, jedziesz zajmować się biednymi dziećmi” i jest w tym respekt. Ale zwykle ludzie nie zwracają uwagi na stronę religijną, ewangelizacyjną, tylko świecką. Ta praca ma oczywiście też ten wymiar, ale nie jest on celem samym w sobie – tłumaczy Paweł.

Dobrze znali Helenę Kmieć, wolontariuszkę, która na początku roku została zamordowana w Boliwii. – To, co się stało, było dla nas szokiem, jeszcze bardziej uświadomiło nam, że wolontariat to nie są wakacje, zawsze jest jakieś zagrożenie. Ale też w ostatnich miesiącach widzimy, jak rośnie zaangażowanie w naszej grupie. Mnie osobiście też to zmobilizowało, również do wyjazdu na Syberię. Od dawna myślałem o takim wyjeździe, ale odkładałem go na później. To ofiara, która boli, ale widzimy, że wydaje owoce – mówi Paweł. – Jako lider regionu dostaję wiele mejli z pytaniem, jak dołączyć do naszej wspólnoty. Ci ludzie piszą, że dowiedzieli się o nas właśnie w związku z tym wydarzeniem – dodaje Ula.

Na Syberię chcą zabrać ze sobą prezenty dla dzieci, dlatego prowadzą zbiórkę artykułów szkolnych i plastycznych (kredki, farby, bloki, kolorowanki, plastelina, gry planszowe, puzzle). Można je składać w koszach wystawionych do końca czerwca na wydziałach politechniki. Akcję poparł rektor gliwickiej uczelni prof. Arkadiusz Mężyk.

Informacje o zbiórce można znaleźć na Facebooku, wpisując „Przez szklane oko”. Tam też dostępne jest konto, na które można przekazać pieniądze na ten cel.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6