Gramy do jednej bramki

O drodze do kapłaństwa, ścieraniu się charakterów i o tym, co robi absolwent Biblicum po obronie doktoratu, mówi ks. dr Krzysztof Kinowski, nowy rektor Gdańskiego Seminarium Duchownego.

Reklama

Ks. Rafał Starkowicz: Przed wstąpieniem do seminarium studiował Ksiądz na świeckich uczelniach. Jak zatem rodziło się Księdza powołanie?

Ks. dr Krzysztof Kinowski: Ukończyłem I LO w Gdyni, które dzisiaj funkcjonuje pod nazwą Akademickie Liceum Ogólnokształcące. Na maturze otrzymałem indeks. Nie musiałem więc zdawać egzaminów wstępnych na uczelnię. To moje powołanie gdzieś się tam rodziło, ale wszytko toczyło się powoli. Pomyślałem, że skoro Pan Bóg daje mi taką szansę, trzeba spróbować. Poszedłem na międzyuczelnianą biotechnologię Akademii Medycznej i Uniwersytetu Gdańskiego. Całkiem dobrze mi szło. Ale Pan Bóg nie dawał mi spokoju...

Kiedy nadszedł decydujący moment?

Jako student pierwszego roku pojechałem na rekolekcje do Krakowa. Przeżyłem je bardzo mocno. Wówczas pojawiło się przekonanie, że nie powinienem czekać do końca studiów, skoro czuję, że chcę być księdzem. Czułem, że nie można przedłużać tego stanu.

Czas w seminarium?

Wspominam go bardzo dobrze, choć trzeba przyznać, że młody człowiek ze swej natury jest nieco krytyczny. Czas jednak zmienia pewne osądy. Muszę powiedzieć, że jako kleryk – stając w obliczu decyzji przełożonych – zadawałem sobie pytanie, do czego mają mnie te decyzje doprowadzić. Zakładałem, że powinny one być logiczne i poddane pewnemu planowi. Stąd też wiedziałem, że muszę zaufać przełożonym. Ważne w formacji jest takie przekonanie, że – stosując terminologię piłkarską – wszyscy gramy do jednej bramki.

Ale seminarium to nie tylko relacja kleryk–przełożony...

To prawda. Często spotykam się z moimi kolegami z roku. Zwykle pojawiają się wówczas wspomnienia. Wracamy do wielu sytuacji. Nieraz było naprawdę śmiesznie. Ścierały się także charaktery. Klerycy to przecież mężczyźni. Jeden ma więcej cech przywódczych, inny z kolei jest bardziej cichy. Jesteśmy ludźmi. Ale w tym wszystkim jest także miejsce na przyjaźń. A w życiu kapłańskim przyjaźń jest czymś bardzo ważnym.

Czy przed rozpoczęciem rzymskich studiów pracował Ksiądz na jakiejś parafii?

Tak. Dwa lata pracowałem w parafii pw. Maksymiliana Marii Kolbego w Gdyni-Witominie. Później zostałem skierowany na studia w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie. To bardzo wymagająca uczelnia. Jest taka anegdota powtarzana przez studiujących w Rzymie kapłanów: „Co robi absolwent Biblicum po obronie pracy doktorskiej? Wsiada do taksówki i prosi, żeby go zawieźć pod Koloseum, bo jeszcze nigdy go nie widział”. Mogę jednak powiedzieć, że te studia przyniosły mi wielką satysfakcję. Zresztą ojcem mojego powołania biblijnego jest mój poprzednik, ks. rektor Grzegorz Szamocki. U niego bowiem pisałem pracę magisterską ze Starego Testamentu, uczyłem się greki i hebrajskiego. Wówczas także pojawiła się we mnie ogromna fascynacja słowem Bożym i zwykłe, ludzkie zaciekawienie. Ono towarzyszy wszystkim, którzy studiują Biblię...

Dzisiaj to Ksiądz wprowadza kleryków w ten biblijny świat...

Dużo przyjemności sprawiają mi zwłaszcza ćwiczenia. Wymagają one bowiem wejścia w relację ze studentami. Mam więc okazję poznawać ich nieco lepiej. Największą satysfakcję dają mi takie chwile, gdy czytając ich prace, znajduję znaki tego, że dobrze zrozumieli to, co chciałem im przekazać. Czasem potrafią mnie wręcz zadziwić. Nieraz w pracy pojawia się niezwykle oryginalne spojrzenie, niewykraczające oczywiście poza ramy teologicznej ortodoksji.

Mówi się dzisiaj o spadku liczby powołań. Jakie są przyczyny tego stanu  rzeczy?

Nie wydaje mi się, żeby Pan Bóg powoływał dzisiaj mniej osób niż przed laty. Pan Bóg troszczy się o swój Kościół. Nieraz jednak to powołanie jest zagłuszone przez świat. Doskonałym przykładem jest tu przypowieść o ziarnie. Ono pada nieustannie. Czasem jednak człowiekowi brakuje odwagi, ma lęk przed podjęciem ostatecznych decyzji. Myślę, że młody człowiek powinien zdać sobie sprawę z jednej fundamentalnej sprawy: Pan Bóg, powołując człowieka do służby w Kościele, chce jego szczęścia.

Jak o tym przekonać młodych?

Powołania to troska całego Kościoła. Ważna jest tu praca kapłanów z młodzieżą, duszpasterstwo ministrantów, lektorów. W seminarium mamy szlachetną inicjatywę akademii lektorskiej. Klerycy jeżdżą na akcje powołaniowe. Seminarium na pewno wychodzi naprzeciw potrzebom dzisiejszych czasów i będzie starało się być oparciem dla inicjatyw powołaniowych. Będziemy to wszystko kontynuować. Ludzie zmieniają się na stanowiskach, a dzieło powołań trwa. To, że zostałem powołany na stanowisko rektora odbieram jako wielkie wyróżnienie. Mam w sobie jednak zarówno poczucie wdzięczności, jak i świadomość odpowiedzialności, jaka na mnie spoczywa. Ostatnio jeden z kapłanów zapytał mnie: „gratulować czy współczuć?”. Odpowiedziałem: „Modlić się. Bo to najlepsza droga, by zrealizować stojące przed człowiekiem zadania”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9