Obudzić Amerykę

Ks. Piotr Narkiewicz pochodzi z Wrocławia. Od ponad 4 lat pracuje wśród Polonii na Long Island, w Riverhead, małym miasteczku oddalonym o 120 km od Nowego Jorku.

Reklama

Kościół pw. św. Izydora znajduje się w dzielnicy noszącej nazwę Polish Town. – Na ulicach są tabliczki z nazwami ulic z białym orzełkiem na czerwonym tle. Na co drugim domu wisi też biało-czerwona flaga – opowiada. Polskie duszpasterstwo ma tutaj dość długą tradycję. Świątynia została bowiem wybudowana przez polskich imigrantów w 1905 r. Od tamtej pory, w kilku falach, do Riverhead przybywali kolejni rodacy znad Wisły. Dlatego w parafii prowadzone jest duszpasterstwo dwujęzyczne – polskie i angielskie.

Wiara i tradycja

Ksiądz Piotr Narkiewicz jest wrocławianinem. Uczył historii w III Liceum Ogólnokształcącym, jest wyjadaczem pielgrzymkowym, a wręcz legendą „czarnej trzynastki”, znanym pod pseudonimem „Baca”. W pewnym momencie swojego życia, będąc na Drodze Neokatechumenalnej, usłyszał głos powołania i wstąpił do seminarium Redemptoris Mater w Warszawie. Po jego ukończeniu i święceniach kapłańskich, przez cztery lata zbierał duszpasterskie doświadczenie w parafii pw. Dzieciątka Jezus na warszawskim Żoliborzu. Był tam ceniony zwłaszcza przez... dzieci. Do ewangelizacji używał bowiem pacynki – Gienka. Ks. Piotr i pluszowy franciszkanin mają swój kanał na YouTubie, na którym można znaleźć m.in. komentarze do niedzielnych Ewangelii. Po czterech latach został skierowany do pracy w Stanach Zjednoczonych do diecezji Rockville Centre.

– Czymś, co różni pracę duszpasterską w naszym kraju od tej w USA, jest przede wszystkim katechizacja. Tutaj nie ma lekcji religii w szkole. Dzieci z placówek publicznych mają zajęcia katechetyczne popołudniami w parafii – tak jak u nas było kiedyś. Prowadzą je wolontariusze. Nie ma wykwalifikowanej kadry nauczycieli religii, ponieważ parafia nie jest w stanie ich utrzymać – tłumaczy.

Katechizacja w ramach zajęć odbywa się tylko w szkołach katolickich, m.in. w szkole parafialnej pw. św. Izydora. – Kapłani rzadko zajmują się prowadzeniem zajęć. Ja zgłosiłem się jako wolontariusz, bo to lubię – dodaje.

Ksiądz Piotr zwraca uwagę na brak większej popołudniowej aktywności w jego parafii. – Oczywiście w różnych miejscach wygląda to zapewne inaczej, ale u nas życie toczy się wokół porannej Mszy św. i godzin otwarcia kancelarii parafialnej, czyli do godz. 16. Jesteśmy jednak otwarci cały czas na indywidualne formy duszpasterskie – np. przygotowanie do ślubów. Umawiamy się tak, jak wiernym pasuje. Inaczej nikt by do nas nie przyszedł – dodaje.

Podobnie jest z niedzielą. Eucharystie odprawiane są tylko w porze przedobiadowej. Jedna z czterech jest w języku polskim. – Korzysta z niej ok. 200 osób, jak na tamte warunki to dużo. Nasze spotkania mają również charakter integracyjny społeczności polskiej – wyjaśnia. To właśnie z nich wyrosła sobotnia szkoła polska. Dzieci przyjeżdżają z całej okolicy, by uczyć się języka, literatury, historii i geografii Polski. – Szkoła nosi imię św. Maksymiliana Marii Kolbego, a jej uczniowie są bardzo zaangażowani we wszelką działalność polonijną – zaznacza.

Jednak zasadniczo nie ma takiej otwartości na nowe ruchy w Kościele, na propozycje wspólnotowego przeżywania wiary, by wzajemnie się umacniać i wzrastać. – Gdy się z kimś rozmawia, szczególnie z duchownymi, to dominuje pogląd, że to, co jest, czyli niedzielna Msza św., udzielanie sakramentów i katolickie szkoły, wystarczy. Tyle tylko, że edukacja katolicka nie przekłada się na doświadczenie życia religijnego. Przykładowo osoby szczycące się edukacją katolicką na wszystkich poziomach, nie widzą problemu w tym, że mieszkają przed ślubem razem. – opowiada. Treści są przekazywane, ale sama wiedza przecież nie wystarcza.

– Zwrócił na to uwagę podczas ostatniego spotkania z księżmi nowy biskup diecezji Rockville Centre, John Barres. Mówił: „Jest wielu uczonych specjalistów od Pisma Świętego, którzy nie mają wiary”. Istnieje jakby sfera życia religijnego, która nie splata się z codziennością – zauważa.

Potrzeba polskiego duszpasterstwa

Kapłan podkreśla, że Polaków mieszkających w Riverhead można podzielić na kilka grup imigrantów. – Do pierwszej należą ci, których przodkowie przyjechali do USA na przełomie XIX i XX w., którzy budowali ten kościół. Niestety oni zwykle nie mówią już po polsku. Pozostały tylko polskie nazwiska i dość zaskakujące podstawowe słowa: babcia, kiełbasa i pierogi – opowiada. Druga fala to osoby, które w USA mieszkają już 40–50 lat. – Ich dzieci, w większości tutaj urodzone, mówią po polsku, a wnukowie najczęściej chodzą do naszej polskiej sobotniej szkoły – wyjaśnia.

Następna grupa emigrantów przybyła tu po stanie wojennym, a kolejną stanowią ci, którzy przyjechali w ostatnich latach. – Najwięcej przybyszów jest z północno-wschodniej Polski. Najczęściej pojawiają się dwie miejscowości – Białystok i Łomża – dodaje. Duszpasterstwo w diasporze nie jest proste. Ks. Piotr zaznacza, że najtrudniej było mu się przyzwyczaić do odległości. Podkreśla, że odwiedziny w ramach popularnej kolędy czy wyjazd z posługą sakramentu namaszczenia chorych to kilkunastokilometrowe wyprawy.

– W niektórych dzielnicach nie ma chodników, bo nikt po nich nie chodzi. Wszędzie się jeździ samochodem – mówi z uśmiechem. – To jest trudne. Często na jedną wizytę poświęcam całe popołudnie i dłużej trwa podróż niż same odwiedziny. Podobnie jest ze spotkaniami wspólnoty neokatechumenalnej, do której należy. Do pokonania ma 120 km w jedną stronę. – Przemieszczanie się zajmuje naprawdę sporo czasu – podkreśla.

O Chrystusie w sklepie i podczas akcji

Ksiądz Narkiewicz zauważa, że jego praca, a raczej służba, ma nienormowany czas. – Są pewne punkty, które należą do naszych kapłańskich obowiązków, a resztę muszę sobie sam zagospodarować. To dotyczy również wyjścia do ludzi i poszukiwania wiernych – tłumaczy. Jak to robić, gdy wszyscy siedzą w domach? Kapłan ma wiele propozycji. – Zawsze można pójść do polskiego sklepu i zagadywać kupujących. Siła tkwi jednak w dobrych pomysłach.

Ponad rok temu ks. Piotr został... strażakiem. – Jestem kapelanem, ale jednocześnie mam zadania w ramach regularnej służby. Jeżdżę na akcje, mam swój strażacki sprzęt, zrobiłem odpowiedni kurs i zdałem egzamin – zaznacza. Do zadań jego grupy należy zabezpieczanie miejsc zdarzeń z zewnątrz i służba pomocnicza. Co to oznacza? – Na przykład wychodzącym z pożaru strażakom wymieniamy butle z powietrzem, podajemy wodę czy kierujemy ruchem – wymienia. Zaznacza, że jest to dobre doświadczenie i okazja do ewangelizacji.

– Spotykam moich parafian, którzy przyznają się do tego, że do kościoła nie zawsze im po drodze. Ważne, że widzą mnie, swojego księdza, który nie jest oderwany od rzeczywistości. Zawsze jestem w koloratce. To znak, który, mam nadzieję, da komuś do myślenia – opowiada. Wspomina, że podczas powrotu z jednej akcji dał świadectwo w samochodzie swoim współtowarzyszom, udzielał też absolucji ofierze wypadku. – Byłem w dobrym miejscu i dobrym czasie. Nie było wezwania do księdza, a ja tam byłem jako uczestnik akcji. Innym razem, podczas pożaru, gdy chłopcy ruszyli do gaszenia, powiedziałem im: „Dobra, to ja się będę modlił”. Co usłyszałem? „Bardzo dobrze. Rób swoje. My potrzebujemy wsparcia od Tego na górze”. Oni to widzą. Może to jest bardziej religijność naturalna, nie głęboka wiara, ale ślad zostaje – puentuje.

Gienek Washable – to wciąż działa

Na Żoliborzu w Warszawie pacynkę we franciszkańskim habicie znały wszystkie dzieci. Prosty przekaz prawd ewangelicznych przemawiał nie tylko do najmłodszych, ale również do rodziców. – Gdy w naszej katolickiej szkole przychodzę do dzieci, by zapytać, jak się mają, zawsze pytają o Gienka. Gdy go nie mam, to szczególnie dla maluchów moja wizyta trochę nie ma sensu – opowiada. Podkreśla, że zmniejszyła się ich wspólna aktywność w sieci, bo cały rok liturgiczny już został skomentowany i ks. Piotr szuka nowej formy ekspresji.

– Ostatnio koncentrujemy się na wydarzeniach i ich religijnej interpretacji. Przykład? Wieloryb, którego ocean wyrzucił na plażę. Gienek się zastanawia, dlaczego podpłynął tak blisko brzegu. Przecież powinien wiedzieć, że nie wolno. Potem tłumaczy, że my czasem też się zachowujemy nierozsądnie i nie słuchamy Pana Jezusa, który zwraca uwagę na to, co niewłaściwe – mówi o jednym z odcinków. Kilka z nich powstało już tylko po angielsku. Jest też prawdziwie amerykański bohater – szop Fryderyk. Ksiądz zwraca uwagę, że to zwierzę jest w USA bardzo popularne, jednak nikt go nie lubi. Jest szkodnikiem, który wygrzebuje jedzenie ze śmietników. – To niezbyt rozgarnięty bohater. Nic nie rozumie. Gienek musi mu tłumaczyć podstawowe rzeczy, a Fryderyk zawsze robi coś źle – dodaje.

Pomysł z wykorzystaniem pacynek nie do końca chwycił podczas Eucharystii, gdzie Gienek, jak tak jak na Żoliborzu, czytał ogłoszenia parafialne. „Tutaj” działa to tylko na Mszach polskich. W wersji angielskiej szału nie ma, więc Gienek pojawia się tam rzadko – opowiada.

Zainteresowani mogą podejrzeć pacynki w akcji poprzez stronę www.gienek.com.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7