To pokolenie pamięta

– Zawsze byłam nieśmiała. Dzięki oazie nabrałam takiej pewności siebie, że teraz nawet za dużo mówię. I już się nie boję! – opowiada Anna Szczepanik.

Reklama

W swoim prywatnym albumie ma bardzo cenne zdjęcia z wyjazdów na oazę pod koniec lat 70. ubiegłego stulecia. Na jednym z nich trzyma chleb, który przekazuje w darze podczas Mszy św. odprawianej przez ks. Franciszka Blachnickiego, założyciel Ruchu Światło–Życie. – Nie wiem, kto zrobił to zdjęcie i kto mi je przysłał. Zawsze po oazie zaczynała się korespondencja z poznanymi osobami. Dużo się pisało, trwało to do świąt, a potem się kończyło – mówi Anna Szczepanik. Do dziś jednak przetrwały wspomnienia i wartości, które w sercach zaszczepił ruch, popularnie nazywany oazą. Ci, którzy uczestniczyli w początkach i poznali jego twórcę, są w uprzywilejowanej sytuacji. Obecnie trwa proces beatyfikacyjny ks. Franciszka Blachnickiego, mogą więc zostać świadkami wyniesienia go na ołtarze. – Cały czas, od początku, byłam pewna, że on będzie święty, bo wymyślić coś takiego jak oaza, w tamtych czasach… – mówi po 40 latach od pierwszego spotkania Anna Szczepanik.

Impuls z parafii

Ruch Światło–Życie poznała dzięki wikaremu ze swojej rodzinnej parafii św. Józefa w Zabrzu. – Ks. Czesław Nowak namówił mnie i moją siostrę do wyjazdu na oazę do Krościenka. To była cała wyprawa, wtedy tam nic nie jeździło, jeden PKS na dzień, ale dojechałyśmy. Zaraz po przyjeździe spotkałam ks. Blachnickiego, gdy w dolnym kościele miał kazanie. Pierwsze moje wrażenie: „Jaka nuda!”. Bo on miał taki monotonny głos. Ale w bezpośrednim kontakcie to był Boży człowiek, święty. To się czuło – wspomina. Przy czym Ojciec, bo tak go wszyscy nazywali, nie prowadził ich oazy. Jednak pani Anna podczas tego pierwszego pobytu w Krościenku miała okazję zetknąć się z ks. Blachnickim bardziej osobiście.

– W naszej studenckiej grupie oazowej mieliśmy konflikt i nie wiedzieliśmy, jak sobie z tym poradzić. Zapytaliśmy ks. Blachnickiego, czy nam pomoże, i bez problemu się zgodził. Pamiętam, że byłam w delegacji, która poszła po niego. Szliśmy wieczorem, mieszkaliśmy niedaleko Kopiej Górki. Byłam zaskoczona, bo choć on już wtedy był ikoną całego ruchu, to okazał się bardzo bezpośredni, normalnie z nami rozmawiał, żartował, taki zwyczajny człowiek. Szczegółów tej sprawy już dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że nam pomógł, wszystko załagodził.

Tamten pobyt w Krościenku, w 1977 roku, dla Anny, młodej studentki stomatologii, nie był łatwy z wielu powodów. – Pierwsza oaza to dla mnie był dramat. Trafiłam do grupy, w której byli przeważnie ludzie znacznie ode mnie starsi. Zaczynałam dopiero studia, a tu obok mnie siada pani profesor z Politechniki Wrocławskiej, jakieś inne znakomitości. Przez całą oazę nie odezwałam się ani razu. Byłam też w małym szoku, bo pierwszy raz spotkałam się z żywą wiarą, wyrażaną inaczej niż w parafii. I choć zawsze gdzieś działałam: chodziłam na religię, śpiewałam w chórze, takie zaangażowanie mną wstrząsnęło. Nie było mowy, żebym odezwała się podczas wspólnej modlitwy, a w trakcie dyskusji to już absolutnie! Wtedy też uczestniczyłam po raz pierwszy w modlitwie charyzmatycznej i wydawało mi się, że połowa ludzi udaje swoje przeżycia. Po latach myślę, że może się nie myliłam. W każdym razie nie byłam przygotowana na coś takiego, dzisiaj inaczej to odbieram – zauważa.

Nie bójcie się!

Ks. Franciszek Blachnicki, więzień dwóch reżimów – hitlerowskiego i komunistycznego, z niewykonanym wyrokiem śmierci, był człowiekiem wewnętrznie wolnym. Stąd płynęła siła jego oddziaływania. Pokazał, że można się nie bać i z tego skorzystała bezpośrednio także studentka Anna. – Wcześniej zawsze byłam nieśmiała, w szkole się nie odzywałam, nawet nauczycielka mamie się skarżyła, że nie zgłaszam się na lekcji. Przez oazę nabrałam takiej pewności siebie, że teraz nawet za dużo mówię. Pamiętam, jak z nagrania puszczano nam kazanie ks. Blachnickiego, w którym mówił: Nie bójcie się! Tego uczył – wspomina.

Na drugą oazę rok później pojechała do Nowego Bystrego, blisko Zakopanego. Tam trafiła do grupy osób w zbliżonym do niej wieku i z doświadczeniem Krościenka sprzed roku. – Wtedy się otworzyłam, zaczęłam we wszystkim uczestniczyć – mówi. W sumie na oazie była trzy razy. W Krościenku jeszcze raz, w 1979 roku, kiedy zostało zrobione to cenne zdjęcie z przekazaniem ks. Blachnickiemu chleba. – Podobało mi się, jak on nas zachęcał do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, to był jego konik. Chyba na tej Mszy, z której mam to zdjęcie, mówił o krucjacie. Ludzie brali i podpisywali deklaracje abstynencji od alkoholu. Ponieważ jestem realistką, podpisałam ją tylko na rok. Pomyślałam, że lepiej, jak podejmę zobowiązanie na krótko, a jak mi się uda, to przedłużę. Ks. Blachnicki mówił o krucjacie z takim wewnętrznym ogniem, zapalał się przy tym. Bogu dziękuję, że go poznałam – wyznaje.

Straszenie i solidarność

Uczestniczenie w oazie w tamtych czasach związane było jednak z pewnym ryzykiem. – Na księdza Blachnickiego patrzono z dystansem. W Krościenku musiały być wtyczki ze służby bezpieczeństwa, bo wiecznie nas straszono, chodziły plotki, że będzie nalot, że nas spiszą, że nas ze studiów wyrzucą. To się czasami nasilało, zwłaszcza gdy kiedyś zdarzył się wypadek samochodowy – wspomina Anna Szczepanik.

– Nie wiem, jak myśmy to przeżyli: spało się na podłodze w śpiworach, kran był w stodole przy krowach, a nam to nie przeszkadzało. Kompletnie nie pamiętam, jak wyglądało jedzenie, na to w ogóle nie zwracaliśmy uwagi. Wiem, że posiłki przygotowywaliśmy sami, ale z czego, nie kojarzę, to nie było ważne. Tam zobaczyłam, że ludzie potrafią być dla siebie dobrzy, dla mnie ta atmosfera była fajna. Wielka życzliwość, mówienie do siebie: „siostro”, „bracie” – to bardzo łączyło. Jeździłam na różne obozy i kolonie, na których czegoś takiego nie było. Ludzie oazy pokazali mi, jaka może być wiara. Że to nie jest tylko chodzenie do kościoła i odklepanie swojego… Dzięki oazie nauczyłam się modlić i interesować wiarą. A to procentuje – zauważa po latach.

Wartości na całe życie

Co jeszcze zawdzięcza ks. Blachnickiemu? – To był geniusz – uważa pani Anna. – Wprowadził nie tylko wspólnotową modlitwę i czytanie Pisma Świętego, ale także tzw. pogodne wieczory. Przy czym te wieczory były nie tylko na wesoło. Ks. Blachnicki sprowadzał na nie różnych ciekawych ludzi. Pamiętam czarnoskórego mężczyznę z USA, który opowiadał, że był w Czarnych Panterach i jak się nawrócił. To było niesamowite świadectwo. Nie dość, że pierwszy raz słyszałam świadectwo, to jeszcze takie! – podkreśla. – Dzięki oazie wiem, że warto się angażować i opierać na Bogu, a nie na innych sprawach. Parę razy w życiu także mną „trzepnęło”, ale doświadczyłam namacalnej obecności Bożej. Przydarzały mi się takie rzeczy, których bez łaski nie można wytłumaczyć. Myślę, że dzięki temu, że uczestniczyliśmy w oazach, że zetknęliśmy się z ks. Blachnickim, jeszcze mnóstwo ludzi w Polsce chodzi do kościoła. Moje pokolenie to pamięta i stara się kultywować wartości, które tam odkryło. Bo jeżeli ktoś raz zbliżył się do Kościoła, to już ciężko mu odejść. I będzie wracał, jeżeli odejdzie. Zawsze gdzieś to zostaje na dnie serca – podsumowuje.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10