Do zobaczenia...

– Była taka przejrzysta, szczera. Nikogo nie udawała – mówi Monika. Dziewczęta mieszkały razem na stancji. – Tak, była wyjątkowa – potwierdza Szymon, z którym zakładała scholę.

Reklama

Od tamtego dnia minęły już prawie dwa miesiące. Od pogrzebu trochę ponad tydzień. Zdecydowali się opowiedzieć o Helenie. Długo nie byli w stanie, ciągle nie jest to łatwe. Przyjaciele z gliwickiego Duszpasterstwa Akademickiego znali ją przez ostatnie, dorosłe lata jej życia. Od września 2009 roku, kiedy jako młoda dziewczyna przyjechała na studia na Politechnice Śląskiej. I już została w Gliwicach.

O Helenie Kmieć, wolontariuszce zamordowanej w Boliwii, od 24 stycznia powiedziano i napisano sporo. Czasem bolało ich to, co czytali. Czasem widzieli, że to nie do końca Helenka, którą znali. Wychodziło jakoś pomnikowo. A ona była i święta na co dzień, i bardzo normalna. Ciągle uśmiechają się na wspomnienie Heleny wpadającej prosto z lotniska w ostatniej chwili na Mszę akademicką o 20.00. W płaszczu w amarantowym kolorze linii Wizz Air. – To, że pracowała jako stewardessa po studiach chemicznych, to właśnie jest Helena. Ona miała takie nieszablonowe myślenie, absolutnie nas to nie zdziwiło – mówi Szymon Szymik, dyrygent scholi DA „Albertinum”, którą zapoczątkowała Helenka.

Mogę przyjść z gitarą?

Kiedy po przyjeździe do Gliwic przyszła do duszpasterstwa, właśnie była zmiana pokoleniowa. Jedni odeszli, inni jeszcze nie przyszli. Ks. Wojciech Michalczuk, duszpasterz akademicki, wspomina, jak powiedział kiedyś Helenie, że na Mszach o 20.00 sam wszystkim się zajmuje. – A ona na to bez zastanowienia: „A ja mogę przyjść z gitarą?”. I muszę powiedzieć, że zaimponowała mi, kiedy zjawiła się w kościele z 12-strunowym instrumentem. Pierwszą moją radością było to, że gitara była dobrze nastrojona, drugą – że grała tak rytmicznie jak nikt do tej pory – wspomina. A wie, o czym mówi, bo sam gra na takiej gitarze.

Kiedy Szymon zaczynał studia, Helena była na II roku. Studiowała makrokierunek, to taka synteza kilku kierunków, w dodatku po angielsku. – Od razu się zaprzyjaźniliśmy. Też studiowałem na wydziale chemicznym. Kiedyś rozmawialiśmy na tematy chemiczne, a Helena do mnie: „O czym ty mówisz?”. Zdziwiłem się, bo to były podstawy. A ona: „Jak to jest po angielsku?” i wszystko było jasne – opowiada.

Oprócz angielskiego uczyła się niemieckiego, hiszpańskiego, ostatnio włoskiego. Łączyła ich też gliwicka Państwowa Szkoła Muzyczna II st. Helena uczyła się śpiewu klasycznego w klasie Joanny Wojnowskiej. – Najpierw grała sama na „dwudziestkach”, a potem zaczęliśmy rozkręcać coś większego. Ja przejąłem rolę lidera, ale Helen była bardzo mocno wspierająca – mówi Szymon. Nazywali ją „Helen”, pasowało do nietuzinkowej dziewczyny. – Ona i Grzegorz Steć byli dużą podporą w budowaniu tego zespołu – dodaje.

Dzisiaj to już zupełnie inny zespół, jesienią ubiegłego roku schola nagrała płytę, którą nazwali „Przywróć mi życie”… W każdym utworze rozpoznają głos Heleny. – Ja na początku nie czytałam nut – wtrąca Monika Kostka. – Wtedy Helenka stawała obok mnie i pokazywała mi wszystko palcem. Ona zawsze wierzyła w człowieka – dodaje.

Przez pół roku razem mieszkały na stancji. Wciągnęła ją także do Wolontariatu Misyjnego „Salvator”. Helena angażowała się i inicjowała wiele wydarzeń. Wymieniają zabawy andrzejkowe i bale karnawałowe, wspólne śniadania, seanse filmowe, Drogę Krzyżową ulicami miasteczka akademickiego… Nie oczekiwała, żeby ją ktoś dostrzegł, żeby zaistnieć.

Stale miała niedosyt

– Tak było, że gdzie się pojawiała, tam wokół niej wszystko zaczynało się kręcić, gromadzili się ludzie – mówi ks. Michalczuk. – Jako kapłan widziałem jej nieustanny rozwój duchowy i intelektualny. Do Pana Boga była zawsze przywiązana, z tym już przyszła, ale zawsze chciała lepiej i więcej – wspomina. Kiedy ją doceniał, często słyszał: „Mogło być lepiej, mogłam się bardziej postarać”. – Stale miała niedosyt w stosunku do siebie, ale nigdy tak nie mówiła o innych. Bardziej, że kogoś nie dopilnowała, zapomniała coś powiedzieć – dodaje. Ciągle trudno mu mówić o niej w czasie przeszłym.

– Zawsze można było na nią liczyć. Była moją przyjaciółką. Budziła we mnie też matczyną troskę, bo ciągle gdzieś biegała, a ja ją pytałam, czy coś jadła, ile spała. Była taka krucha, delikatna, cichutka. I ten jej cieniutki głosik – wtrąca Monika. Ktoś nawet podejrzewał, że Helena z trójkowej Listy Przebojów to właśnie ona. Chociaż po studiach ich drogi trochę się rozeszły, miały ze sobą kontakt.

Ostatniego lata członkowie scholi wyjechali razem na weekend do Brennej. – To była już inna Helena. Taka pełna, kobieca. Już nie była tą małą Helenką – wspomina Monika. Barbara Gorzawska opowiada o wycieczce w góry: – Ja, z moją „biurową” kondycją, w pewnym momencie stwierdziłam, że dalej nie idę. A skoro znam drogę, to wracam. Na co Helen: „To ja idę z tobą” – i w ogóle nie było dyskusji. Nie przyjaźniłyśmy się tak bardzo. Były tam osoby, po których bardziej bym się tego spodziewała. W dodatku ona lubiła chodzić po górach, ale nie dała mi odczuć, że coś traci. Cieszyła się. Gdy wracałyśmy, po drodze robiła zdjęcia.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    30 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10