W Bożej orkiestrze

Kiedy usłyszała wołanie Jezusa, Jego „muzykę”, gotowa była porzucić swoje skrzypce i pójść za Nim. On jednak oddał je jej z powrotem. – Chcę być Jego instrumentem – mówi dziś s. Milena, elżbietanka z Wrocławia.

Reklama

Kiedyś, jako małe dziecko, spotkała dziewczynkę grającą na skrzypcach. Zachwyciła się. „Też tak chcę!” – oznajmiła rodzicom. Od 7. roku życia uczyła się w szkole muzycznej. Lata płynęły, skrzypce coraz bardziej splatały się z życiem Mileny Ramotowskiej. – Właściwie wszystko układało się jak najlepiej. W domu dogadywałam się z rodzicami, nauka szła mi dobrze. W którymś momencie jednak poczułam, że czegoś mi brak – wspomina.

Rysa na szkle

Najbliższa była jej zawsze muzyka klasyczna, ale w tamtym – gimnazjalnym – okresie słuchała też piosenek Urszuli. Refren jednej z nich zaczął Milenę nurtować. „Czego wciąż mi brak? Czego miewam mniej? Na ulicy mówią mi: Wszystko jest OK!... Czego wciąż mi brak? Co tak cenne jest, że ta nienazwana myśl rysą jest na szkle?” – słuchała, nie wiedząc jeszcze, że zza głosu Urszuli Ktoś inny dobija się do jej serca. – Było ze mną dokładnie tak jak w tej piosence – mówi.

Tymczasem starsza siostra gimnazjalistki Ewelina zaczęła nagle… zadawać się z elżbietankami (które zresztą były znane dziewczętom z lekcji religii). Pewnego razu pojechała w czasie wakacji do nich na rekolekcje. Po powrocie stwierdziła stanowczo, że idzie z siostrami na obóz wędrowny. „Przecież dopiero co od nich wróciłaś!” – protestowała mama. Ostatecznie wyraziła zgodę na wyprawę pod warunkiem, że dziewczyna zabierze ze sobą młodszą siostrę.

– Jak Andrzej Piotra do Jezusa, tak Ewelina Milenę przyprowadziła do elżbietanek. Choć najpierw czułam się trochę jak piąte koło u wozu – wspomina s. Milena, której życiowe plany wówczas zakładały założenie rodziny. – Obóz okazał się niezwykłym doświadczeniem. Dla mnie to było spotkanie z pięknem – pięknem gór, pięknem sióstr – ich radością, miłością do Boga i ludzi. Miałam ze sobą skrzypce, grałam na Mszy św. Odkryłam, jak można włączyć muzykę w życie z Panem Bogiem.

Gimnazjalistka zaczęła przyjeżdżać raz po raz do elżbietanek. A tu… Jezus znów dotknął jej serca przez piosenkę. Nosiła tytuł „Rejs”. „Posadziłeś mnie na małą łódź i popchnąłeś na morski szlak. Gdzieś w oddali jest drugi brzeg i przystań Twa czeka tam (…).” – To była odpowiedź na pytanie o „rysę na szkle” – wspomina. – Zrozumiałam, że tylko Bóg może wypełnić serce, ukazać drogę, jaką dla każdego zaplanował. To On umieszcza nas w konkretnej łodzi, wśród akurat tych, a nie innych ludzi, w konkretnym czasie i miejscu. Życie jest podróżą, rejsem. Tylko On może doprowadzić do brzegu.

Służba nutami

Decyzja zapadła. Milena odkryła, że jej „łodzią” jest Zgromadzenie Sióstr św. Elżbiety. Wstępując do zakonu po maturze i po szkole muzycznej II stopnia, wzięła ze sobą skrzypce, ale liczyła się z tym, że nie będzie już mogła poświęcać im zbyt wiele uwagi. Przestały być najważniejsze.

– Okazuje się jednak, że gdy zostawiamy wszystko dla Boga, On nam tego nie odbiera, ale wykorzystuje na swój sposób – wykorzystuje naszą przeszłość, nasze talenty – mówi s. Milena, która w zakonie nosi to samo, chrzcielne imię. Decyzją przełożonych została skierowana na studia muzykoterapeutyczne – gdzie zresztą nie jest jedyną siostrą zakonną. Okazuje się, że muzyczne talenty świetnie wpisują się w charyzmat elżbietański, związany ze służbą chorym, ubogim, opuszczonym.

– Poprzez muzykę można czasem dotrzeć do człowieka tak, jak nie uda się nigdy słowami – wyjaśnia siostra, przytaczając świadectwo pewnej kobiety, która przeszła ciężką operację. Gdy leżała w szpitalu, na oddział przychodziła… harfistka. Na życzenie grała przy łóżkach chorych. – Wspomniana pani opowiadała, jak bardzo pomagała jej ta muzyka. Jej piękno, ale także czyjaś życzliwa obecność zmniejszały cierpienie, przywracały poczucie godności.

Wrocławskie elżbietanki prowadzą zakład opiekuńczo-leczniczy, nie brak więc okazji, by życie podopiecznych czynić piękniejszym – także przez muzykę. Kolędowanie ze starszymi, chorymi osobami lub z ludźmi ubogimi korzystającymi z jadłodajni to tylko jedna z niezliczonych okazji do obdarowywania innych muzyką. Można ją wykorzystywać podczas różnych terapii, w przedszkolach i świetlicach, w zabawach integracyjnych, w ewangelizacji.

– Muzyką służę także moim siostrom. Jest nas we wrocławskim klasztorze ponad 50. Podczas imienin, urodzin, rozmaitych świąt grywam na skrzypcach, na organach. Niektóre utwory nauczyłam się wykonywać… jednocześnie na skrzypcach i na organach, nogami grając akompaniament – opowiada s. Milena. Przy uroczystych okazjach często wykonuje „Ave Maria”; siostry chętnie słuchają także choćby „Arii na strunie G” J.S. Bacha.

A cisza brzmi najpiękniej

Muzyka i Pan Bóg – to temat rzeka. – Osobiście uważam, że to nie przypadek, że podstawowymi akordami w muzyce są tonika, subdominanta i dominanta. Wyraża to w jakiś sposób tajemnicę Trójcy Świętej – mówi s. Milena. – Muzyka jest, chociaż jej nie widać, podobnie jak Pan Bóg. Można ją wydobyć z instrumentu. My także mamy być na ziemi rękami, nogami, sercem Pana Boga. Jesteśmy Jego instrumentem. – Siostra zapewne to Jego skrzypce? – Pewnie tak – uśmiecha się elżbietanka.

Jest wielką miłośniczką chorału gregoriańskiego. Ceni dzieła P. Czajkowskiego i innych rosyjskich kompozytorów, a także F. Chopina i W. Kilara. – „Kościelec 1909” Kilara wywarł na mnie ogromne wrażenie. Kocham góry. Już w habicie zeszłam właściwie całe Tatry – mówi, wspominając nieco szaloną wędrówkę przez całą Orlą Perć. – Zawsze, wchodząc na szczyt Kościelca, przypominam sobie dźwięki tego utworu – utworu, w którego tytule zawarta jest data śmierci Mieczysława Karłowicza. Muzyka odzwierciedla dramatyczną historię tego kompozytora, porwanego przez lawinę podczas zjeżdżania na nartach z Kościelca.

Dla siostry i góry, i muzyka są wplecione w spotkanie z Bogiem. – W obu jest zapisane coś, co przerasta człowieka. Wobec nich widzi się Bożą potęgę i naszą małość. Jest w nich zaproszenie do odkrycia Boga i chwalenia Go – mówi. Pieśń „Jezusa ukrytego mam w sakramencie czcić…” uważa niemal za muzyczny program życia. – To On jest najważniejszy, Jemu mamy oddać chwałę. „Chciałbym tu być aniołem, co śpiewa ciągle cześć, z rozpromienionym czołem Tobie swe serce nieść…” – w tym jest wszystko – dodaje. Gdyby jednak miała wskazać swoją „melodię numer 1”, wybrałaby… ciszę.

– To najpiękniejsza pieśń. To muzyka, w której można usłyszeć Boga – wyjaśnia. – Cisza w utworze muzycznym, czyli pauza, odgrywa kluczową rolę. Jest szansą na to, żeby wybrzmiały dźwięki, które słyszeliśmy przed chwilą, oraz ma wprowadzić w to, co będzie zaraz potem. Cisza pełni też ważne zadanie w liturgii. W naszym klasztorze dbamy na przykład o chwilę ciszy po przyjęciu Komunii św. Jest to czas na posłuchanie Pana Boga, Jego „muzyki”, przez którą przemawia do naszego serca. Wielcy kompozytorzy wypełniają swoją misję, gdy są na tyle pokorni, by słuchać. Są wówczas w stanie odkryć muzykę, którą mają zapisać w nutach. – Siostra w niebie będzie śpiewać i grać? – Taką mam nadzieję – mówi s. Milena. – Albo lepiej… usiądę Panu Bogu na kolanach, przytulę się do Jego serca i posłucham, jak inni śpiewają.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 31 1
    2 3 4 5 6 7 8