Boży listonosz

Zostawia je na uczelni, w tramwajach, w pizzerii, a nawet wręcza osobiście. Za jego sprawą do rąk wielu krakowian już pewnie nieraz trafił „List do Ciebie”.

Reklama

Na niecodzienny sposób ewangelizacji wpadł Marcin Madej, jeden z kleryków Zgromadzenia Księży Misjonarzy Saletynów w Krakowie. Od 4 lat pisze on ludziom listy, w których stara się ukazać ogrom Bożej miłości. I choć każdy z nich jest jego autorstwa, to – jak sam powtarza – w pisaniu pomaga mu Duch Święty.

Słowo Boże w kopercie

Pierwszy raz o działaniu Ducha Świętego Marcin przekonał się, gdy był w nowicjacie. Pisał wtedy tekst nabożeństwa ewangelizacyjnego dla maturzystów. – Zajęło mi to prawie cały weekend. Kiedy teksty oddałem księdzu, był zaskoczony, że są aż tak dobre. Sam znów na nie zerknąłem i stwierdziłem, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie napisałem. Pomyślałem wtedy, że skoro Pan Bóg dał mi taki dar, to będę pisał – wspomina.

Kiedy po skończonym nowicjacie przyjechał do Krakowa, napisał krótkie życzenia bożonarodzeniowe o charakterze ewangelizacyjnym. Wydrukował je w kilku egzemplarzach i zostawił w różnych miejscach. – Miałem nadzieję, że ktoś na nie trafi i przez to słowo Pan Bóg zadziała w jego życiu – tłumaczy kleryk. Właśnie tak wszystko się zaczęło. Z czasem listów przybywało, a Marcin zostawiał je w coraz to nowych miejscach – nie tylko na uniwersytecie czy w tramwaju, ale nawet w pizzerii, na ławkach lub na przystankach. – Zacząłem drukować ich coraz więcej i pakować do kopert, pisząc na nich: „List do Ciebie” – wyjaśnia.

Jednak to bezpośrednie kontakty Marcin ceni sobie nade wszystko. Nieraz swoje listy zabiera więc nawet na świeckie koncerty. Chodzi tam, by spotkać się z ludźmi i rozmawiać o Panu Bogu. Doskonale zdaje sobie sprawę, że każda z takich sytuacji jest świetną okazją, by komuś wręczyć dobre słowo zamknięte w białej kopercie. Nie zapomniał o tym nawet podczas Światowych Dni Młodzieży, kiedy pielgrzymom wręczył osobiście ok. 500 listów. Dodatkowo tysiąc wysłał znajomym e-mailem.

List ratunkowy

Kilka egzemplarzy kleryk ma też zawsze przy sobie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będą mogły się przydać. – Ostatnio spotkałem w tramwaju kobietę, która poruszała bardzo bolesne dla niej tematy. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na rozmowę, bo zaraz wysiadała. Mogłem tylko dać jej ten list z nadzieją, że jeśli nie przez to, co ja powiedziałem, Pan Bóg zadziała na nią właśnie przez słowo zawarte w liście – wyjaśnia.

W ciągu 4 lat Marcin napisał prawie 20 listów. Na początku kierowało nim pragnienie ewangelizacji i głoszenia słowa Bożego. – Z czasem zobaczyłem, że czytelnicy odpowiadają mi na nie. W mailach przekonują, że zrodziło się w nich pragnienie zmiany albo że dzięki temu uwierzyli w siebie – opowiada. Z czasem do jego pragnienia ewangelizacji doszła chęć pomocy drugiemu człowiekowi.

Każdy list ściśle wiąże się więc z sytuacjami, które w danym momencie dotykają Marcina. Od 6 lat żyje on w zakonie i w tym czasie Pan Bóg pokazał mu krzyże, które nosił od dawna. Stały się one dla niego ciężkie dopiero wtedy, kiedy sam je zobaczył. – Spotykając się z ludźmi, widzę, że te problemy, które ja mam, dotykają również innych. W listach pokazuję mój sposób na ich rozwiązanie – zdradza.

Jego – z pozoru prosta – metoda dla niektórych okazuje się bardzo wymagająca. – Głównym rozwiązaniem, jakie podaję, jest Jezus Chrystus jako największy lekarz i specjalista od każdej choroby. Trzeba Mu po prostu zaufać. Sam wszystkie problemy staram się przeżyć z wiarą w to, że On przez trudne sytuacje zmienia moje życie – opowiada.

Łaska płynąca z cierpienia

Był jednak czas, kiedy Marcin sam mógł przekonać się o mocy słowa pisanego pod natchnieniem Ducha Świętego. Pomógł mu w tym już pierwszy list. Opowiadał on o tym, jak Pan Bóg zburzył wieżę Babel, by na tym fundamencie powstała znacznie większa i doskonalsza budowla, którą jest Kościół.

Ten list powstał trzy tygodnie przed osobistym kryzysem Marcina. Przez uwagi bliskich zwątpił bowiem w swoją wartość. – Wtedy byłem na nich zły, ale teraz odczytuje to jako wielką łaskę. Wiedziałem o tym wszystkim już znacznie wcześniej, ale brakowało mi chęci do zmiany – przyznaje. Ciężko było bowiem zmienić coś, co dodawało mu pewności siebie i dowartościowywało. Przez kilka tygodni myślał więc, że jest człowiekiem bezwartościowym. Wtedy właśnie sięgnął po swój list i odnalazł w nim motywację. Kryzys odszedł, a Marcin zaczął pracować nad swoim życiem. – To jest dowód na to, że przez te listy Pan Bóg działa nie tylko w tych, którzy je czytają, ale również we mnie – przekonuje.

To, że każdy człowiek jest wartościowy, Marcin w swoich tekstach powtarza do znudzenia, bo – jak uważa – dziś ludzie często o tym zapominają. – Trzeba im pokazać, że są wartościowi nie przez to, co robią, lecz przez to, że ich Ojcem jest Bóg. On każdego stworzył z miłości i to czyni człowieka wartościowym. Sam długo o tym nie wiedziałem. Szukałem swojej wartości w różnych rzeczach, które pomagały tylko chwilowo – tłumaczy. Stąd też uważa, że ewangelizować trzeba nie tylko tych, którzy są daleko od Kościoła, ale również tych, którzy już w Pana Boga wierzą. – Jesteśmy powołani do tego, by stale szukać Pana Boga, bo nie jesteśmy w stanie poznać Go w pełni. Jego miłość jest tak doskonała i wielka, że dla ludzi jest niemożliwa do zgłębienia – zauważa.

Jeden za wszystkich

Każdy z jego listów jest wyjątkowy jeszcze z jednego powodu. Marcin umieszcza w nich modlitwę, która sprawia, że czytelnicy modlą się za siebie nawzajem. – Przecież nie każdy, kto czyta ten list, jest wierzący. Dlatego na końcu umieszczam modlitwę, żeby nawet takie osoby pomodliły się chociaż raz w życiu – tłumaczy. Kleryk zachęca też, by po przeczytaniu listu podać go dalej. Dzięki temu nie tylko więcej osób zapoznaje się z Bożym przesłaniem, ale też liczba modlących się ludzi wzrasta. Ich modlitwa niewątpliwie ma moc, bo za każdym razem listy trafiają do około 5 tysięcy osób.

To niejedyna inicjatywa kleryka, która łączy ludzi w modlitwie. Na jednym z Saletyńskich Spotkań Młodych w Dębowcu Marcin zebrał intencje modlitewne uczestników. Pod ręką miał akurat butelkę, więc to do niej trafiły prośby. Następnie każdy modlił się w tych wszystkich intencjach. Akcja spotkała się z dużym zainteresowaniem, dlatego nie mogła się tak szybko skończyć. Marcin założył więc adres e-mail, na który do dziś ludzie mogą nadsyłać prośby o modlitwę. Inicjatywę tę nazwał „Butelką miłości”.

– To działa na tej samej zasadzie, co za pierwszym razem – kto wyśle wiadomość na ten adres, później modli się we wszystkich pozostałych intencjach. Wystarczy raz dziennie odmówić „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo” – wyjaśnia. Każdy, kto chciałby otrzymywać kolejne listy Marcina, a przez to włączyć się w modlitewną akcję, może napisać pod adres: butelka.milosci@op.pl.

Boży listonosz z pewnością nie przeoczy tego adresu.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9