Przestałem się martwić

O znakach od św. Maksymiliana i życiu na maksa opowiada Marcin Kwaśny.

Reklama

Joanna Jureczko-Wilk: Otwarcie mówisz o swoim nawróceniu, wierze w Boga… W środowisku mówią o Tobie aktor kościółkowy?

Marcin Kwaśny: Nie słyszałem. A nawet gdyby tak mówiono, to tym się nie przyjmuję. Mam podobać się Bogu, nie ludziom. Ze swojej religii jestem dumny i kiedy ludzie pytają mnie, skąd mam w sobie taką radość i siłę, szczerze odpowiadam, że z góry.

Czujesz się prowadzony?

Ja jestem w Bożych rękach! Mam tego nieustanne dowody.

Jakiś ostatni proszę…

Kiedy kręciliśmy „Pileckiego”, miałem wypadek. Filmowaliśmy ucieczkę z Auschwitz, padał deszcz, pośliznąłem się i uderzyłem głową o torowisko. Upadłem na drewniany podkład kolejowy, a nie na metalową szynę i akurat w jedynym miejscu, gdzie nie było kamieni. Skończyło się tylko na lekkim wstrząśnieniu mózgu. Z kolei na planie filmu „Wyklęty”, który wejdzie do kin w marcu przyszłego roku, pośliznąłem się na desce i wpadłem na szybę. Szkło na mnie spadło, ale nic mi się nie stało. Czuję więc, że to jeszcze nie mój czas, i że mam dużo rzeczy do zrobienia.

I robisz. Poprzez swoje role stałeś się rzecznikiem żołnierzy wyklętych, nagrywasz audiobooki, a 25 listopada w Teatrze Oratorium na Pradze odbyła się premiera sztuki o św. Maksymilianie, którą wyreżyserowałeś. O czym jest ten spektakl?

To opowieść o silnej więzi, jaka łączyła o. Maksymiliana z matką Marianną. Ponieważ spotykali się niezwykle rzadko, całą tęsknotę, duchowe dyskusje, opowieści o życiu zawarli w pisanych do siebie w listach. Na ich postawie Kazimierz Braun napisał niezwykle wzruszającą sztukę. Kiedy ją przeczytałem, wiedziałem, że muszę ją wystawić. Pokazuje bowiem, że święty i jego matka, mimo dzielących ich odległości, zawsze byli ze sobą bardzo blisko. Dla mnie Marianna jest trochę podobna do Matki Bożej Bolesnej. Tylko ona wiedziała o widzeniu małego Mundka, któremu Maryja pod symbolami białej i czerwonej korony przepowiedziała zachowanie czystości i męczeństwo. Czuła nieuniknione cierpienie, a jednak śmierć syna była dla niej ciosem – nie da się do czegoś takiego psychicznie przygotować.

O św. o. Kolbe opowiada też inny film „Dwie korony”, którego produkcja jest już na ukończeniu, a w którym zagrałeś rolę lekarza. Święty Maksymilian Cię fascynuje?

Chciałbym mieć tyle pasji, energii do działania co on. A przecież był wątłego zdrowia. W Niepokalanowie stworzył największy przed wojną klasztor na świecie, założył wydawnictwo o milionowym nakładzie, zbudował klasztor w Nagasaki, nie znając japońskiego. Dzisiaj uznalibyśmy to za zupełne wariactwo, a to było wpisane w Boży plan i dopiero po latach można było zobaczyć logikę tych śmiałych decyzji. Wiara Maksymiliana, połączona z olbrzymią pokorą, po prostu mnie urzekła. Nigdy nie działał na swoją chwałę, tylko na chwałę Niepokalanej. Pewnie dlatego wszystko mu się udawało.

Jego opiekę czuję czasami namacalnie. Tak było przy filmie „Wyklęty” w reżyserii Konrada Łęckiego, który powstawał w dużej mierze z datków ludzi. Żeby kontynuować zdjęcia, potrzebowaliśmy pilnego wsparcia sponsorów. Poszedłem więc na rozmowę do jednej z firm i w korytarzu przetarłem oczy ze zdumienia, bo zobaczyłem tablicę ze św. Maksymilianem. Już wiedziałem, że moja wizyta nie będzie daremna, że mimo ogromnych trudności ten film dokończymy.

Innym razem do dokończenia produkcji zabrakło nam 50 tys. zł. Musieliśmy się zadłużyć, bo budynek, w którym kręciliśmy, szedł do rozbiórki i nie mogliśmy przerwać pracy. Przypomniało mi się pewne zdarzenie z życia o. Maksymiliana. Otóż kiedy zabrakło mu na zakup maszyn drukarskich 500 marek, przemodlił sprawę i po trzech dniach pod figurą Najświętszej Maryi Panny znalazł kopertę, a w niej dokładnie taką kwotę. Też zacząłem szturmować niebo, oczywiście za wstawiennictwem św. Maksymiliana. Po trzech dniach nasza fundacja odebrała telefon z Nowego Jorku, z Teatru Polskiego, z informacją że nas wspomogą… kwotą 50 tys. zł. Takich znaków z nieba dostałem wiele. Odkąd się nawróciłem ponad trzy lata temu, przestałem się martwić.

Przyznajesz szczerze: „Byłem lemingiem, który myślał tylko o czubku własnego nosa”. To się zmieniło po nawróceniu?

Tak. Urzekł mnie blichtr tego świata, o co w moim zawodzie nie jest trudno. Liczyły się dobra zabawa, imprezy, na przemian płynąłem na fali sukcesu albo tonąłem w morzu frustracji. Doszedłem do ściany: z pewnymi rzeczami – na przykład alkoholem – już sobie nie radziłem, co dobitnie uświadomiła mi moja żona. Ona namówiła mnie na terapię. Z tej ludzkiej bezradności powiedziałem wtedy: „Jezusie Chrystusie, jeżeli istniejesz, to mi pomóż, bo ja już sam nie daję rady”. I przyszedł Miłosierny, złapał mnie tonącego za kołnierz. Dostałem wtedy bardzo wiele łask i umocnienie. Myślę, że bez wiary, bez pomocy z góry trudno przeżyć taki kryzys i wyjść na prostą. Teraz wiara daje mi olbrzymiego kopa w życiu. Dzięki niej mogę o sobie powiedzieć, że jestem człowiekiem szczęśliwym, spokojnym, pogodzonym z Bogiem, ze światem i z sobą.

To potem przyszła rola Pileckiego i lektura Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”?

Wszystko do człowieka przychodzi w dobrym momencie, tylko trzeba nauczyć się rozpoznawać i odczytywać pewne znaki. Przygotowanie do roli rotmistrza rozpocząłem od czytania Kempisa. Podczas ostatniego przed śmiercią widzenia z żoną, Pilecki prosił ją, żeby właśnie tę książkę czytała ich dzieciom. Dla mnie to było dzieło bardzo trudne – o pokorze, której mi przez wiele lat brakowało. Ale w nim odkryłem klucz do duchowości Pileckiego jako bohatera i człowieka, do tego, że nie stawiał siebie w pierwszym szeregu, ale miał postawę służenia: krajowi, innym żołnierzom, przez których był nazywany tatusiem, bo bardzo się nimi opiekował. Potem dowiedziałem się, że tę książkę czytali najwięksi nasi romantycy: Mickiewicz, Słowacki, Norwid.

Zazwyczaj to reżyser, aktor kreują postać. Ty wiele nauczyłeś się od swoich bohaterów.

Myślę, że to Opatrzność podsuwa mi wyjątkowe postaci, żebym pokazując je innym, sam też z nich czerpał. Tak było z rolą rotmistrza Witolda Pileckiego, przez którą poznałem historię podziemia antykomunistycznego i tak naprawdę nauczyłem się, czym jest patriotyzm. Tak jest ze św. Maksymilianem – dla mnie jest wzorem całkowitego zawierzenia Bogu poprzez Maryję.

Opowiadając o swoim nawróceniu, Radosław Pazura mówi, że dziękuje Bogu za wypadek samochodowy, który spowodował, że inaczej spojrzał na swoje dotychczasowe życie i po latach wrócił do Kościoła. Czasami trzeba sięgnąć parteru, a nawet spaść do piwnicy…

Wiarę mam dzięki babciom: Stasi i Józi, z którymi chodziłem do kościoła i które były moimi pierwszymi przewodniczkami po świecie duchowym. Jako mocno zbuntowany 16-latek odszedłem od Kościoła. Na całe 18 lat. W tym czasie wierzący wydawali mi się śmieszni i słabi. Kryzys, który przeżyłem, był dla mnie błogosławieństwem – teraz tak go postrzegam. Doprowadził mnie do tego, że otworzyłem Bogu drzwi i powiedziałem: Ty tu rządź! Już nie wyobrażam sobie żyć inaczej. 

Marcin Kwaśny aktor, scenarzysta, reżyser teatralny. Urodził się w 1979 r. w Tarnowie. W 2002 r. ukończył Akademię Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Aktor stołecznego Teatru Polskiego, poprzednio Teatru Kwadrat. Zagrał m.in. w filmie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” w reż. Marka Koterskiego, „Rezerwacie” Łukasza Palkowskiego, „Historii Roja” Jerzego Zalewskiego, „Pileckim” Mirosława Krzyszkowskiego. W 2011 r. wyreżyserował spektakle „Hiob” i „Życie w zasięgu ręki”. W 2012 r. wyprodukował swój monodram „Rozkwaś Polaka!”. Wraz z grupą przyjaciół stworzył fundację artystyczną „Między Słowami”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11