Jestem z Aleppo

Mirna zdawała egzamin. W tym samym czasie bombardowano jej uczelnię. Eliasz wyszedł z domu. Chwilę później pocisk snajpera przedziurawił mu kurtkę…

Reklama

Dziś Mirna razem z mężem i 9-miesięcznym synkiem Eliaszem mieszka w Wielkiej Brytanii. Są bezpieczni. Jej tata Fahed i siostra Rita z mężem Eliaszem także są bezpieczni. Od 11 miesięcy mieszkają w Polsce, od miesiąca – w Katowicach. Bezpieczny jest również ich brat Giorgio. Od pięciu lat żyje w Zakonie Braci Mniejszych. Dokładnie tyle samo trwa ta straszna wojna. Brakuje tylko mamy trójki rodzeństwa. Uśmiechnięta spogląda na swoje dzieci z dużej fotografii w ich nowym domu. Jeszcze w Aleppo pokonała ją choroba nowotworowa.

Kawa po arabsku

Mieszkanie w Katowicach-Panewnikach. Właśnie tu syryjska rodzina spotkała się po prawie dwóch latach rozłąki. Dziadek Fahed pierwszy raz zobaczył swojego wnuczka. Eliasz urodził się już w Anglii, ma więc brytyjskie obywatelstwo. Jego kuzyn, którego pod swoim sercem nosi Rita, będzie… Polakiem. Kiedy zobaczą go rodzice i rodzeństwo Eliasza, męża Rity? Nie wiadomo, zostali w Aleppo… Do syryjskiej rodziny prowadzi mnie proboszcz z Panewnik, franciszkanin o. Alan Rusek. To między innymi dzięki jego staraniom rodzina brata Giorgia znalazła schronienie w Polsce. Najpierw mieszkali w Gubinie, teraz w Katowicach.

Częstują nas arabską kawą. Jest wyborna. Nie czuje się jej goryczy, bo serwowana jest z dodatkiem kardamonu. Ojciec Alan poznał już specjalny ceremoniał parzenia tej kawy: do wysokiego dzbanuszka wlewa się najpierw wodę, potem wsypuje się kawę. Całość doprowadza się do wrzenia i odstawia. Ten rytuał trzeba powtórzyć i dopiero za trzecim razem napój można zaserwować gościom. W pobliżu nowego mieszkania Syryjczyków jest też budka z kebabami. Choć, jak przyznają, te prawdziwe smakują nieco inaczej.

Całkiem różna od syryjskiej jest za to polska kuchnia. Goście sprawdzają, co najbardziej im smakuje. Polubili na przykład kurczaka z ziemniakami i sałatą. – Lubię waszą sałatę! Jest bardzo dobra, bo jest w niej wszystko. Na ŚDM w Krakowie zobaczyłem, że jecie też makaron na słodko. Wydaje mi się to bardzo dziwne, tak samo jak ryż z jabłkiem. Za tym to już nie za bardzo przepadam – uśmiecha się Eliasz.

Dzisiaj jest pogoda

Choć zdecydowaną większość naszej rozmowy prowadzimy w języku angielskim, zauważam, że Syryjczycy coraz więcej rozumieją też po polsku. W nauce naszego języka najmocniej swoich nowych parafian dopinguje o. Alan. – Mówię trochę – przełamuje się Eliasz. – Podoba mi Polska. Ja lubię zostanie w Polsce. I ja chcę uczyć się po polsku, pracuje i make rodzina. Tak. Dzisiaj jest pogoda – wyjaśnia. A potem, ciągle po polsku, dodaje, że nasz język poznaje między innymi za pomocą ćwiczeń prowadzonych przez internet i dzięki słownikom. W Gubinie rodzina miała też specjalne lekcje, jednak było ich zdecydowanie za mało. W Katowicach polskiego uczyć będą się dzięki śląskim wolontariuszom. Plan jest prosty: po pierwsze nauka języka, po drugie – praca. A potem życie w Polsce będzie szło już z górki…

– Różnimy się, ale łączy nas wiara – tak samo jesteśmy wierzącymi, katolikami. Wszyscy ludzie, których spotkaliśmy od momentu naszego wyjazdu z Syrii do teraz, byli dla nas bardzo życzliwi i mili. Chcą nam pomagać. Jedyne, czego się obawiamy, to praca – tłumaczą.

Zanim Eliasz ożenił się z Ritą, skończył prawo, chciałby dalej studiować je także w Polsce. Jego teść przez 30 lat był architektem w Aleppo. Miał swoje biuro, zajmował się poważnymi projektami. – Ale, co najważniejsze, on jest prawdziwym chrześcijaninem – mówi o nim zięć. – Nie potrafi żyć bez wiary. Studiował teologię. Rita chciała pójść na studia. Nie udało się. – Pragnęła zostać w Syrii, tam założyć rodzinę, studiować. Ale kiedy rozpoczęła się wojna, coraz bardziej pogrążała się w strachu. Eksplozje, bomby, śmierć… Chciała opuścić to miejsce, żeby zacząć życie. Nowe życie – mówi za nią mąż.

– Nasze życie było naprawdę bardzo dobre, mieliśmy wszystko. Żyliśmy spokojnie, studiowaliśmy. Marzyłem o tym, żeby pracować jako prawnik albo sędzia. Ale widzisz, wybuchła wojna... – wyjaśnia Eliasz. – I wszystko się zmieniło. Nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie, że coś takiego może nas spotkać. W Syrii na co dzień żyje ze sobą wiele kultur i wyznań. Muzułmanie, chrześcijanie. Wśród chrześcijan są katolicy, maronici, prawosławni. Ale wszyscy żyliśmy w pokoju. W trakcie wojny wszystko się zmieniło. Nie wiemy, jak to się stało. Każda rodzina, każdy mężczyzna, każda kobieta, każde dziecko marzyli tylko o jednym: żeby stamtąd uciec. Kiedy okazało się, że możemy zamieszkać w Polsce, naprawdę się ucieszyliśmy. Mamy szansę zacząć nowe życie. Normalnie żyć, jak wszyscy na świecie.

– Zaczęliśmy na nowo marzyć. Planować przyszłość. Na nowo się uczyć i pracować – uzupełnia z radością Mirna. – Wyszłam za mąż trzy lata temu w Syrii, w Aleppo. Później wyjechaliśmy do Glasgow. Od tego czasu nie widziałam się z moją rodziną. Ale kiedy zdecydowali się przyjechać do Polski, zaczęliśmy organizować nasze wspólne spotkanie – dodaje. Udało się to. Właśnie w Katowicach. – To naprawdę jest dla nas błogosławieństwo! – przyznają zgodnie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Gość aik
    05.10.2016 13:19
    >...Tak naprawdę nie rozumiem obecnej sytuacji politycznej. Nie chcę bronić żadnej ze stron, chcę tylko żyć jak człowiek. ...
    chcę wyrazić solidarność...
    u nas podobnie... na szczęście wojna (tylko) zimna
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6