Boży prezent z misją

Najpierw są marzenia, o pomocy ludziom gdzieś na końcu świata. Potem jest lęk: dam radę? A potem... już tylko radość.


Reklama

Żeby zostać misjonarzem, wcale nie potrzeba iść do zakonu, jak się czasem niektórym wydaje. Świeccy misjonarze, wolontariusze misyjni są coraz bardziej potrzebni. A ich czasowe wyjazdy na cały niemal świat – wyczekiwane zarówno przez tubylców, jak i misjonarzy zakonnych, księży i zakonnice, którzy na misjach przebywają stale. Jedną z organizacji, które regularnie wysyłają świeckich misjonarzy, jest Fidesco. Ta międzynarodowa katolicka organizacja pozarządowa, założona w 1981 r. przez Wspólnotę Emmanuel we Francji, działa obecnie także w Australii, Austrii, Belgii, Francji, Holandii, Niemczech, Polsce, Portugalii, USA i Wielkiej Brytanii. Wolontariusze misyjni Fidesco pracują w 30 krajach na całym świecie. 


Apteka w Togo


Anna Kuśmierczyk kilka lat temu wróciła z Togo. Na misjach przebywała dwa lata. Jak mówi, tamten czas będzie wspominać jako jedno z najwartościowszych doświadczeń życia. 
– Dlaczego pojechałam? Zawsze byłam zainteresowana nie tylko Europą, ale i innymi kontynentami. Po prostu dobrze jest pomóc innym, którzy mieszkają daleko od nas. Dobrze jest pomóc biedniejszym bez... ofiarowania pieniędzy. Chodzi po prostu o pomoc całym sobą. 
Pani Anna kilkanaście lat temu słuchała świadectwa osób świeckich, które pracowały na misjach. – Wydawało się to ogromnie pociągające: zostawienie dotychczasowego życia (pracowałam w firmie farmaceutycznej) i wyjazd. W końcu postanowiłam, że spróbuję. Przeszłam formację misyjną Fidesco. Wyjechałam do Togo, gdzie zajmowałam się zarządzaniem apteką w dwóch centrach medycznych sióstr Miłosierdzia. Wprowadzałam system komputerowy i zarządzałam lekami – opowiada. – Wróciłam i... wciąż myślę o Togo. W zasadzie cały czas w jakiś sposób jestem na misjach. Staram się opowiadać innym o moim doświadczeniu. Być może ktoś pójdzie w moje ślady. A ja? Nie wykluczam, że znów wyjadę. Za jakiś czas...
Siostra Julia Wieczorek należy do Wspólnoty Emmanuel (na 9 tys. członków wspólnoty 2 tys. to siostry konsekrowane). Wiele lat temu wyjechała do Francji, gdzie obserwowała rozesłanie wolontariuszy misjonarzy do pracy na całym świecie. – Poruszyło mnie to, wyjeżdżały pojedyncze osoby oraz rodziny z dziećmi. Zafascynowała mnie taka forma pracy zarówno ewangelizacyjnej, jak i społecznej. Byłam już długo we Wspólnocie Emmanuel, gdy zaczęłam myśleć o wyjeździe. Najpierw jednak przez pewien czas zaczęłam pracować w Polsce jako wolontariuszka Fidesco: pomagałam w rekrutacji chętnych. 
Trzy lata temu s. Julia sama postanowiła wyjechać. Przeszła najpierw całą drogę formacji: weekend zapoznawczy, rekrutację, dwie sesje przygotowujące do wyjazdu. I cały czas odpowiadała sobie na pytania, czy na pewno da radę i czy na pewno się nadaje. Tak. Stanowczo chciała. Stowarzyszenie również pozytywnie zweryfikowało siostrzane chęci. 


Powroty są... trudniejsze 


Rozpoczęło się więc szukanie misji dla s. Julii. Bo w Fidesco jest tak, że to organizacja szuka miejsca wolontariuszom misyjnym. Wolontariusz nie wybiera kraju, do którego pojedzie. Współpracownicy misyjni Fidesco otrzymują 2-letnie kontrakty i są posyłani tam, gdzie Kościół lokalny prosi o pomoc. Gdzie jest potrzeba wsparcia często w bardzo konkretnej dziedzinie: budowie ośrodka, nauczaniu dzieci, leczeniu itd. – W sierpniu, po dwóch latach pracy, wróciłam z Demokratycznej Republiki Konga. Pracowałam w dużym akademiku dla dziewcząt. Ponieważ kobiety w Afryce są traktowane źle, są wykorzystywane i poniżane, wraz z innymi wolontariuszami staraliśmy się wspierać dziewczęta, organizować im czas, przekazywać wartości tak, by umiały o siebie właściwie zadbać. Stworzyliśmy dla nich miejsce oparcia, by żyły godnie. Poza tym razem z salezjanami zajmowałam się dziećmi ulicy. Teraz, po powrocie... tęsknię za tamtymi ludźmi i miejscami.
Jak mówi s. Julia, wbrew pozorom trudniejszy jest powrót niż wyjazd. – Niby jest świetnie: wygody, bieżąca woda i prąd. Wszystko można kupić. Ale... to jest ciężkie, gdy patrzy się na polskie sklepy, w których uginają się półki, a pamięta się afrykańską biedę: posiłki raz dziennie i bezdomne dzieci. I pamięta się również, że przy tamtejszych trudnych warunkach życia Afrykanie są otwarci, pogodni. Z nami tutaj bywa bardzo różnie. Mimo że mamy wszystko.


Misja... małżeńska 


Ale na misje można wyjechać również... we dwoje. Tak jak Adela i Tobiasz Lemańscy. Byli rok po ślubie, gdy pojechali pomagać polskim siostrom – franciszkankom służebniczkom Krzyża. Przez dwa lata mieszkali w RPA, pracowali w ośrodku dla ociemniałych dzieci i młodzieży.
– Długo marzyłam o misjach. Patrzyłam na to w kategoriach powołania. Gdy podzieliłam się moimi planami z (wtedy jeszcze) narzeczonym, nie protestował. Wyjechaliśmy już jako młode małżeństwo. Pracowaliśmy z młodzieżą w szkole muzycznej, pomagaliśmy też dzieciom w nauce, organizowaliśmy zajęcia dodatkowe, rekolekcje – opowiada pani Adela. – Tam jest ogrom do zrobienia, więc praca dawała nam wielką satysfakcję. Oczywiście przychodziły trudniejsze chwile, ale cały nasz pobyt wspominamy jako wspaniałe wydarzenie w naszym życiu. Więcej otrzymaliśmy, niż dawaliśmy...
Mąż Tobiasz potwierdza: – Rzeczy­wiście, wyjazd był pomysłem Adelki. Ale nigdy nie żałowałem, że się zgodziłem. Myślę, że to ogromnie ciekawy i budujący początek małżeńskiego życia: robić coś wspólnie dla innych, z nieco większym sensem niż samo chodzenie do pracy i bogacenie się. 
Pan Tobiasz opowiada, że relacje i przyjaźnie nawiązane w RPA to ogromny prezent na nową drogę życia. A ponieważ nauczyli niewidomą młodzież i dzieci obsługi poczty elektronicznej, komunikatorów internetowych, kontakt z niewidomymi podopiecznymi mają do dzisiaj. – Tak, tęsknimy. Już nawet pojechaliśmy do nich na krótko na urlop. A cały czas myślimy, by jeszcze wyjechać na misję. Gdzie? A tego nie wiemy. Znów (być może) pośle nas Fidesco tam, gdzie będziemy potrzebni.


Kto następny?


– Cały czas szukamy wolontariuszy – opowiada s. Julia. – Można się do nas zgłaszać. Pierwszy krok to kontakt z naszą organizacją: napisanie listu motywacyjnego i CV. Może się okazać, że konkretne umiejętności wolontariusza będą nieodzowne dla misji na końcu świata...
Czy świeccy wolontariusze misyjni to... superbohaterzy, którzy zmieniają świat? Bynajmniej. – Wyjazdem nie zmieni się polityki kraju, nie wzbogaci się materialnie tubylców. Ale podczas pobytu ofiarowuje się im swój czas, pracę, obecność, zmienia na lepsze mały wycinek rzeczywistości. A w zamian otrzymuje się przyjaźń, bogate wnętrze spotykanych ludzi, ich ciepło i doświadczenia życiowe – tłumaczy Anna Kuśmierczyk. – I mogę zapewnić wszystkich: warto pojechać. Kluczowym momentem jest czas podejmowania decyzji. Najpierw zwykle się wydaje, że misje to wielkie poświęcenie. Pojawia się lęk. Ale wystarczy go pokonać. Na miejscu, mimo trudności, okazuje się, że to była świetna decyzja. I że misje to sama radość. To po prostu dobry prezent od Pana Boga.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Autopromocja

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9