Piękno katolicyzmu: królewska droga

Wiara jest prawdziwym początkiem prawdziwej mądrości… Wstąpieniem na królewską drogę.

Reklama

Droga. Czym jest? Występuje we wszystkich językach, związana z doświadczeniem przemieszczania się, pokonywania przestrzeni, z wszelkiego typu komunikacją. W języku biblijnym obok tych powszechnych znaczeń „droga” oznacza również trzymanie się pewnych zasad etycznych i przyjęcie wynikającego z wiary stylu postępowania. Zaś w Nowym Testamencie greckie hodos (droga) nabiera znaczenia szczególnego i jest niemal synonimem rodzącego się chrześcijaństwa i młodego Kościoła. Wystarczy przywołać kilka miejsc z Dziejów Apostolskich, gdzie mowa o uczniach Pańskich jako „zwolennikach tej drogi” (9,2) oraz o wierze chrześcijańskiej jako po prostu „drodze”, czy to w wypowiedzi samego św. Pawła (24,14), czy też w Łukaszowej opowieści (24,22). O aleksandryjskim Żydzie Apollosie czytamy, że „znał on już drogę Pańską” (18,25). W końcu słowo „droga” określa sam rdzeń tajemnicy Jezusa Chrystusa i istotę Jego posłannictwa: „Ja jestem drogą” (J 14,6) – odpowiada Jezus na pytanie Tomasza. Takie jest właśnie najgłębsze – kulturowe, biblijne, chrystologiczne – zaplecze pojęcia „królewskiej drogi”.

• • •

Ten zwrot – via regia – pochodzi od wielkiego Augustyna. Czym jest królewska droga? Otóż katolicyzmem właśnie, jego jedynym w swoim rodzaju pięknem. Bo starożytni filozofowie rozumieli pod pojęciem via regia drogę dochodzenia do prawdy na drodze filozoficznego namysłu. I uważali ją za skrajnie elitarną. Takie rozumienie via regia zastał Augustyn. Ale co z prostymi ludźmi, z różnych względów niezdolnymi do intelektualnych szczytów? Czy przed nimi droga do prawdy jest zamknięta i są skazani na życie w mroku? Otóż nie, powiada Augustyn, Chrystus jest dla wszystkich, wiara chrześcijańska jest katolicka – powszechna. Jezus Chrystus przyszedł do wszystkich i jest dostępny wszystkim – filozofom i prostaczkom, świętym i grzesznikom, chorym i zdrowym, bogatym i biednym, kobietom i mężczyznom, Żydom i Grekom. Oto nowa królewska droga, prawdziwie otwarta dla każdego człowieka, droga, która nie przekreśla intelektu, ba, ceni go w każdej postaci, ale nie skreśla żadnego człowieka. Oto droga Królewska, bo wiodąca za Jedynym Królem, Panem naszym, Jezusem Chrystusem. Chrześcijaństwo podtrzymuje więc antyczną tezę, że istnieje królewska droga ludzkiego życia, ale uważa, iż jest ona dostępna dla każdej i każdego. I proponuje ją, uniwersalną i skuteczną, dla wszystkich: wersję na wskroś i dogłębnie chrystologiczną. Jezus Chrystus (a z Niego sakrament Jego Kościoła i sakramenty tegoż) jest bowiem Tym, który oczyszcza człowieka, zaś narzędziem oczyszczenia jest nie tyle mądrość rozumu, co pokora wiary. To istota sprawy... Wiara jest prawdziwym początkiem prawdziwej mądrości… Wstąpieniem na królewską drogę.

• • •

Kochaj, byś zobaczył i widział – uczy Augustyn w jednym z kazań. Za miłością przychodzi bowiem pełnia wiedzy, tłumaczył. Bo też owa królewska droga, którą idzie prawdziwy Król – prowadząc nią tych, którzy wierząc w Niego, „wespół z Nim też królować będą” (2 Tm 2,12) – jest drogą miłości. A w istocie: drogą cierpienia z miłości i dla miłości. Ewangeliczne wzmianki o Jezusie Królu (żydowskim) pojawiają się w cieniu podejrzeń, w atmosferze szyderstwa, pośród tortur, w trakcie planowania i realizacji mordu na Nim, w kontekście męki i śmierci. Jezus Król, inaczej niż wielu królów w dziejach świata, nie posłał innych za siebie na śmierć, lecz sam poszedł na śmierć za innych. Królewskość Jego drogi polega na miłości, która godzi się na bolesność, na agonię, która nie przywłaszcza, lecz wywłaszcza się, która rezygnuje z potęgi, niczego dla siebie nie zatrzymuje, całkowicie oddaje się poddanym. I taki jest Królem najwyższym, wywyższonym po prawicy Ojca Władcą (Dz 5,31).

Archegos – jak nazwał Go Piotr przed Sanhedrynem – czyli Królem, który poprzedza i wskazuje drogę. Oto co znaczy „królować” dla ucznia Jezusa... Iść królewską drogą znaczy być jak najbliżej Pana, iść drogą zastępczego cierpienia u boku Pana. Związek bliskości, wspólnego wędrowania „ręka w rękę” z cierpieniem jest ścisły i dotkliwie namacalny: im bliżej Jezusa znajdzie się człowiek, tym głębiej zostaje włączony w tajemnicę Jego Męki. Ale tylko ten, kto na to pozwala i kto siebie na tej drodze z królewską hojnością zatraci, ten w ogóle może siebie znaleźć (por. J 12,25). Chrześcijanin musi się godzić na to „ryzykowne przedsięwzięcie” naśladowania Jezusa na drogach wiodących przez królestwo Boga, gdzie „żyć i umierać znaczy to samo”, a spełnianie siebie polega na traceniu siebie.

• • •

Jedynie w ten sposób życie staje się pasjonujące – jako przeżywane we wspólnocie z Tym, którego passio jest odpowiedzią na wszystkie nasze potrzeby, pragnienia i pytania. Jego odpowiedź jest zawsze iście królewska – ponad naszymi pytaniami, większa od marzeń dotyczących życia, odpowiedź, której nie sięga „ani oko, ani ucho, ani serce” (por. 1 Kor 2,9), co się zdarza często na kartach Ewangelii (ludzie nieraz tu nie wiedzą, o co Jezusa prosić czy pytać, choć spodziewają się po nim Wszystkiego…), a tym samym ludziom, którzy usłyszeli Jezusowe „chodź i zobacz” (por. J 1,39), i zrobili to. Zapewne na tym polega świętość. Pasja, życie jako pasja. Z całą jej zamierzoną wieloznacznością, przypomnijmy, co znaczy „pasja”: pasja to cierpienie i silne zamiłowanie, to męka Jezusa, jej ewangeliczny opis i wizerunek Ukrzyżowanego. „Pasjonować się” czymś to oddawać się temu z przejęciem i „na całego”, czyli z całym egzystencjalnym zaangażowaniem ducha i intelektu, woli i emocji… Ale u korzenia jest tu zawsze passio – cierpienie. Bo ono jest prawdziwym jądrem tajemnicy spełnionego, po-Bożnego życia: moc i piękno takiego życia bierze się z cierpienia, i jest to moc i piękno Ukrzyżowanego. Prawdziwa pasja i siła takiego (chrześcijańskiego, wywiedzionego z Chrystusa i z Nim przeżywanego) życia to moc miłości gotowej cierpieć. Ta gotowość jest najczytelniejszym alfabetem i najwymowniejszym językiem miłości. Nic tak zresztą nie przeobraża człowieka jak takie wewnętrznie zaakceptowane cierpienie; „takie”, czyli przyjęte po to, by móc (nie przestać) kochać. To było właśnie „aktem założycielskim” chrześcijaństwa, aktem Syna przeobrażającym mord w miłość, Jego „tak” danym Ojcu: On mękę człowieczeństwa w bierności ukrzyżowania wprowadza w aktywność miłości. Stąd też chrześcijaństwo ma odwagę twierdzić, że do sztuki chrześcijańskiego życia należy zdolność przyjmowania cierpienia i podołania mu i że jest ona podstawowym warunkiem udanego człowieczeństwa, a tam, gdzie nie została ona wykształcona albo gdzie nie ma na nią zgody, tam fiasko egzystencji jest nieuniknione. Bo miłość nie jest wtedy możliwa. Tylko gotowość na cierpienie ją umożliwia i urealnia. Bez cierpienia niczego się nie da tu zmienić (na lepsze w życiu). Ono też umożliwia – paradoksalnie – samą realność życia (bez miłości nieobecną, wygaszoną, martwą; nie kochać to jak nie żyć); a ta dojrzewa w cierpieniu, w łączności z Chrystusowym krzyżem. Dlatego „uczyć się żyć to także uczyć się cierpieć”. By móc kochać.

• • •

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11
    12 13 14 15 16 17 18
    19 20 21 22 23 24 25
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9