Towarzysze ostatniej mili

Śmierć? Nigdy jej się nie bałam. Teraz też ze spokojem czekam na koniec czasów, gdy spotkamy się tam, gdzie nie będzie zła ani cierpienia.

Reklama

Te słowa 96-letniej Marii Baron, mieszkanki Byczynicy, niewielkiego przysiółka wsi Steblów, nie są tylko pustą deklaracją.

Anioły w kitlach

Podczas wojny, kiedy ranni lub chorzy żołnierze niemieccy, jadąc z frontu, zatrzymywali się na kędzierzyńskiej stacji, zgłosiła się do służby jako pielęgniarka – wolontariuszka do tzw. Bahnhofsdienst – służby dworcowej. Te tereny należały wówczas do III Rzeszy, a ochotnicy owej służby humanitarnej podczas postojów i oczekiwania na przesiadkę pielęgnowali wojaków, dożywiali ich, zmieniali opatrunki. Jej dobre podejście do przybywających w kolejnych transportach pacjentów, sumienność i dokładność zauważył dyżurujący tam lekarz. Zaproponował jej wyjazd do Bad Flinsberg (dzisiejszy Świeradów-Zdrój), który był ośrodkiem leczenia gruźlicy, tłumacząc jednak od razu, jak poważna jest to choroba i jakie stanowi zagrożenie zarówno dla pacjentów, jak i personelu. Zdecydowała się pojechać.

– Na miejscu doktor dokładnie wytłumaczył mi, w jaki sposób można się zarazić od chorego, jak się uchronić i tego starałam się dokładnie przestrzegać. Pomyślałam: „Panie Boże, niech się dzieje Twoja wola, Ci ludzie potrzebują opieki”. Wkrótce zajmowałam się tymi w najcięższym stanie, bo nie bałam się wykonywać przy nich żadnych posług. I szczęśliwie się nie zaraziłam i w dobrym zdrowiu, właściwie nie chorując, żyję do dziś… – wspomina po latach. Dodaje, że w dobrej kondycji trzymało ją jeszcze jedno – odkąd wróciła do domu, codziennie wsiadała na rower i jechała na Mszę św., niezależnie od pogody i pory roku. Dopiero kilka lat temu rodzina przekonała ją, by pozwoliła zawozić się autem. Do tej pory bowiem przez kolejne dekady przemierzała codziennie kilkanaście kilometrów, to zbierając jeszcze składki na misje, przygotowując marianki, dzieci pierwszokomunijne, ale też kwiaty czy wiersze na różne uroczystości. A jak w latach 50. ubiegłego wieku wywieziono zakrzowskie jadwiżanki, to ona jeździła po całej parafii robić chorym zastrzyki czy zmieniać opatrunki.

Gotowi do drogi

– Ale już wszystko to oddałam innym – teraz już tylko biorę rano różaniec i modlę się za wszystkich, którzy potrzebują pomocy, zwłaszcza za dusze w czyśćcu – to Różańcem, to znowu Koronką do Miłosierdzia Bożego… I nie zaprzątam sobie głowy tym, co będzie jutro. Czuję spokój, nie czekam na nic i nic mi już nie trzeba. Od lat jestem gotowa na śmierć – podsumowuje Maria Baron. Wszystko, łącznie ze strojem, ma już też przygotowane, mieszkająca kilka domów dalej, 91-letnia Helena Johna. W swoim życiu pochowała m.in. matkę, bo ojca zabrano do ZSRR, męża, wnuczkę… – Pięć lat temu naszykowałam sobie wszystko, co będzie mi potrzebne do trumny – ubrania, różaniec, książeczki do nabożeństwa. Uzgodniłam, kto ma mnie przygotować i gdzie chcę być pochowana. Dawniej ludzie tak robili, żeby potem, w trudnych dla rodziny chwilach, nie było szukania i zamieszania – tłumaczy. Ona też wiele razy ubierała zmarłych – czy we wsi, czy jak zaraz po wojnie przez kilka lat pracowała w kędzierzyńskim szpitalu, noszącym wówczas imię św. Antoniego. – Nigdy nie bałam się zmarłych, ubierałam ich, ciesząc się, że prócz modlitwy choć tyle mogę dla nich zrobić. A od sióstr z tego szpitala nauczyłam się, że jak się zmarłego ubiera, to trzeba do niego mówić, wzywać go po imieniu. I tak robiłam, mamę ubierałam i wołałam ją, płacząc – opowiada pani Helena.

Ostatnia godzina

Dobrze, jeśli o bycie gotowym na śmierć dba się stale albo – gdy trafi się do szpitala – jeśli postara się o to rodzina chorego. – Chodzimy tam z posługą 2, 3 razy w tygodniu, ale jeśli jest taka potrzeba, że chory bądź jego bliscy chcą wezwać kapłana, to pielęgniarki od razu dzwonią do nas. Lepiej nie czekać, aż będzie zbliżał się już koniec, tylko, jeśli jest taka możliwość, wcześniej się wyspowiadać, przyjąć Komunię św. czy sakrament namaszczenia chorych – mówi ks. Marek Biernat, proboszcz parafii św. Zygmunta i św. Jadwigi, posługujący także w kozielskim szpitalu. Na szczęście jest coraz większa świadomość, że udziela się go nie tylko na tę ostatnią drogę, ale że ma on być umocnieniem, uzdrowieniem dla chorego. Stąd coraz rzadziej ktoś odmawia jego przyjęcia. Często pacjenci chcą uporządkować sprawy sumienia zaraz po przyjściu do szpitala albo przed operacją. Duchowny przypomina, że do przyjęcia namaszczenia chorych nie trzeba się specjalnie przygotowywać – jeśli pacjent jest przytomny i chce przystąpić do spowiedzi, powinien zrobić krótki rachunek sumienia. Jeśli zapraszamy kapłana do domu, warto postawić na stole krzyż i zapalone świece i by domownicy uczestniczyli w modlitwie.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6