Taki pokój, że szok

Zostawiłam wiele rzeczy w domu, a teraz chcę jeszcze zostawić moją głowę, te wszystkie sprawy, które zajmują mi umysł. I poczuć wolność, że tylko Jezus i głoszenie Ewangelii będą ją zajmować.

Reklama

Z flagami i donośnym śpiewem wyruszyli jednocześnie z dwóch nadmorskich miejscowości: Ustki i Dźwirzyna, by ostatniego dnia spotkać się w Mielnie. Szli plażami, skręcali na promenady i skwery w centrum miasteczek. Nie mieli szczegółowego planu marszruty; rozglądali się za ludźmi i do nich szli. Nie mieli wytycznych, co mówić, ani zaopatrzenia na drogę. Nie mieli w zasadzie nic, bo w tym roku postanowili na 10 dni porzucić niemal wszystko. Dlaczego? – Tylko z powodu Jezusa – odpowiada Wioleta Łosiniecka. Pochodzi z Czarnego Dunajca, jest nauczycielką w Krakowie. Zna zasady ewangelizacji „na żebraka”, bo bierze w niej udział nie pierwszy raz. I znowu relacjonuje jej przebieg na swoim blogu. Dzisiaj na modlitwie rozeznaliśmy, że każdy zabiera tylko to, co konieczne. Czyli ja: śpiwór, karimata, kurtka, dziesięć spódnic, pięć par butów, tusz do rzęs, podkład, krem, kredka do oczu, pilnik. A tak na serio – to nic z tych rzeczy. No, dobra: tusz. Trzeba będzie ruszyć słonecznym wybrzeżem, twarz posmarować kremem z filtrem 50. I ponieważ nie będzie lusterka, trzeba będzie zadać komuś pytanie: jestem biała na twarzy, tak? O ile będzie krem.

Plecaki zostały w Koszalinie

Siostra Kinga, nazaretanka z Kielc, podkreśla, że ani święta do klasztoru nie przyszła, ani jeszcze taka nie jest. Ma nadzieję, że ewangelizacja „na żebraka” pomoże jej lepiej realizować powołanie zakonne. Że zweryfikuje złożone śluby, choćby ślub ubóstwa. – Na zakończenie rekolekcji, które przygotowywały nas duchowo do ewangelizacji, otrzymaliśmy pouczenie w słowie Bożym, by wyruszyć na nią bez niczego. Każdy rozeznawał to na swoją miarę, ostatecznie nikt nie wziął ani śpiwora, ani karimaty. Niektórzy idą tylko ze szczoteczką do zębów i jedną koszulką na zmianę – wyjaśnia siostra. – Wszystko otrzymujemy od ludzi, często nawet nie musimy o nic prosić. Jak dotąd nie było dnia, byśmy nie mieli gdzie spać, co jeść. Odczytujemy to jako Boże błogosławieństwo.

– Myśleliśmy o tym od lat, ale dopiero w tym roku, za siódmym razem, zdecydowaliśmy się pójść w radykalnym ubóstwie – potwierdza ks. Radek Siwiński, pomysłodawca Ewangelizacji Nadmorskiej. – Dotąd mieliśmy ze sobą wypełnione plecaki. Tym razem zostały w Koszalinie. Ruszyliśmy. Jesteśmy w pociągu do Kołobrzegu, druga grupa jedzie do Słupska. Mimo ogromnego stresu, który miałam od wczoraj, teraz towarzyszy mi pokój. Ksiądz biskup wczoraj zapalił nas do głoszenia i kilka razy prosił, żebyśmy słuchali człowieka. To bardzo ważne wysłuchać nawet żalu i pretensji do Kościoła. Zostawiłam wiele rzeczy w domu, a teraz chcę jeszcze zostawić moją głowę, te wszystkie sprawy, które zajmują mi umysł. I poczuć wolność, że tylko Jezus i głoszenie Ewangelii będą ją zajmować.

Ewangelizacyjna ciuchcia

W Jarosławcu ruch – to sobota w środku sezonu, niezbyt upalnie, więc większość urlopowiczów krąży po letnisku. Z jednego ze skwerów dochodzi muzyka. Grupa osób z transparentami i flagami śpiewa pieśni o Bogu. Idą na przystanek ciuchci – wakacyjnej atrakcji ulicznej. Od rana woziła letników po okolicy, teraz właściciele zaproponowali przejażdżkę grupie ewangelizatorów. Świetnie, zobaczy ich jeszcze więcej osób! Przyjmują zaproszenie, sadowią się na ławkach. Najlepsze miejsce zajmuje... głośnik. Słowa pieśni muszą dotrzeć jak najdalej.

Dzień zaczęli od modlitwy. Potem spotkali się na kilka chwil rozmowy, uwag i spostrzeżeń z poprzedniego dnia. Zanim ruszyli na plażę, dwie osoby zajęły miejsca w kościele, by trwać na adoracji Najświętszego Sakramentu w intencji misji. Nie licząc jednego nieprzyjemnego incydentu na plaży w Ustce, nikt nie ma pretensji o to, że przeszkadzają, że za głośno śpiewają. Ludzie raczej przyglądają im się z zaciekawieniem; to w końcu wakacje, dobrze, że coś się dzieje. Niektórzy się uśmiechają, machają do nich z drugiej strony ulicy. Wielu przyjmuje medalik od ewangelizatorów. – Jest on okazją do rozmowy, oddajemy wówczas osobę Bogu przez ręce Matki Najświętszej – wyjaśnia ks. Radek. – Rozdano 8 tys. medalików. Taki medalik na łańcuszku, zwyczajny, nieposrebrzany, niby drobiazg, ale kiedy ewangelizatorzy zakładają go letnikom na szyję, bywa, że w oczach obdarowanych pojawiają się łzy. – Zdarzył się i pewien muskularny młodzian – wspomina s. Kinga, naśladując „napakowaną” pozę rozmówcy. Przyznaje, że w normalnej sytuacji nie czułaby się w jego towarzystwie bezpiecznie. – Nachylił się nade mną i mówi niskim głosem: „A czy dla mnie taki medalik się znajdzie?”.

Idą i głoszą słowa o Bożym miłosierdziu. Zapraszają na wieczorne spotkanie do kościoła, na Mszę św., modlitwę uwielbienia i o uzdrowienie, świadectwa. – Ale to, co jest najmocniejsze, to osobiste spotkania, rozmowy z ludźmi – mówi ks. Radek. Jak to robią?

Kacperku, wychodź!

W budce z zapiekankami stojącej przy plaży uwijają się dwie dziewczyny. Podchodzi o nich Kacper Laszczyński z dolnośląskich Polkowic. – Czy mogę podarować wam medaliki i powierzyć was Matce Bożej? – pyta. Dziewczyny domyślają się, że to chłopak z ekipy, która od jakiegoś czasu z kolorowymi flagami przemierza promenadę. Nie wzbraniają się. Uśmiechają. – A jak się jest niewierzącym, to też można? – dopytuje jedna z nich. – Tym bardziej – odpowiada Kacper. Przez chwilę modli się za dziewczyny. Potem zawiesza medaliki na ich szyjach.

– Skoro jesteś tu i mówisz tyle o Jezusie, to czy... widziałeś Go kiedyś? – dociekają. Zaczyna się rozmowa. Biegnie wartko do pytania, które najprościej wyjaśnia, o co chodzi: „Czy zakochałyście się w kimś kiedyś?”. Chwila ciszy, zadumy. – Nie, jeszcze nie – odpowiadają z namysłem. Kacper opowiada o tak często nieodwzajemnionej miłości Boga do ludzi. Słuchają, bo to ich język. Nastolatek cieszy się, że znalazł w sobie odwagę. Przez pierwsze dni wędrówki chował się za gitarą. Ale nawet gdy zdecydował się ją odłożyć, trapiły go wątpliwości: inicjować rozmowę czy raczej czekać na czyjś pierwszy krok? Zaczepiać każdego czy wyłapywać tych, którzy noszą krzyżyk na szyi, żeby było łatwiej?

– Z takimi rozterkami idę sobie przez plażę. „Wychodzić czy nie wychodzić?” – tłucze mi się po głowie. Nagle słyszę obok siebie głos jakiejś kobiety, wołającej do synka w wodzie: „Kacperku, wychodź!” – opowiada ze śmiechem Kacper. – To taki Boży drobiazg, ale bardzo mnie zmobilizował. Pierwsze rozmowy nie były łatwe. – Bardzo chciałem, żeby mi to wyszło jakoś sprytnie, teologicznie i w ogóle. Potrzebowałem czasu i pokory, żeby zdać sobie sprawę, że wystarczy tylko parę kluczowych słów: że Bóg istnieje, że jest żywy i prawdziwy, że kocha mnie i rozmówcę niezależnie od tego, jak on żyje. To jest ziarno, które mogę zasiać. Ale jego wzrost już nie zależy ode mnie.

Wczoraj ogrom łask. Dużo ludzi na plaży, kolejki do błogosławieństwa. Modlitwa – pełen kościół i taki pokój Boży, że szok. Na noclegu byłam u przemiłych starszych ludzi, takie kochane małżeństwo. Czułam się jak u mojej babci i niczego mi nie brakowało, a starszy pan przypominał mi mojego dziadka, który już jest u Pana. Tak więc ogólnie cudownie. Bo Bóg jest cudowny i warto mu oddać wszystko! A On wtedy będzie działał z mocą.

Dziękuję...

To słowo kleryk Tomek Pękała z Krakowa słyszał podczas ewangelizacji niejeden raz. Po świadectwie, które mówił na plaży, po wręczeniu medalika, po rozmowach. Albo wtedy, gdy przysiadł się do Emilki, która właśnie rozpoczęła rozmowę z jakimś chłopakiem czekającym z siostrą na mamę. Kiedy Emilka opowiadała o swoim życiu i o tym, jak Bóg je przemienił, chłopak jakby słyszał o sobie, tak bardzo jej historia przypominała mu jego poplątany los. Zgodził się przyjąć medalik i modlitwę. W jej trakcie podeszła jego mama. – Mam odejść? – zapytała, nie wiedząc, jak się zachować w intymnej sytuacji. – Nie, proszę pomodlić się za syna z nami – zaproponował kleryk Tomek. Pomodliła się.

Po kilku godzinach zobaczyli się znowu, na wieczornym spotkaniu w kościele. Wyznała klerykowi, że tego dnia coś dobrego w jej synu się stało, coś w nim drgnęło. Że jest nadzieja na lepsze. – Dziękuję – powiedziała. – Dziękuję. Pan Jezus wczoraj hojnie obdarował nas ludźmi w kościele. Tak gorąco wołali do Pana, a później dawali świadectwo przez mikrofon. Jedna pani powiedziała, że dwa lata temu na Ewangelizacji Nadmorskiej modliła się za swoją przyjaciółkę, która miała guza mózgu. Teraz jest całkowicie zdrowa, Bóg jest wielki. Wieczorem mieliśmy mały problemik z noclegiem, 17 osób nie miało gdzie spać. Ludzie powciskali nam trochę pieniędzy, więc chcieliśmy kupić noclegi, ale nikt nas nie chciał przyjąć. 1,5 godz. szukania i nic. W końcu noclegi się znalazły, miałam łóżko, pościel i wannę. Ta sytuacja bardzo nas nauczyła pokory. I zrozumieliśmy, że to nie pieniądz nas zabezpiecza, tylko nasz Bóg. A teraz jeden pan ze swoją żoną zaprosili nas na obiad do restauracji. Uczta! Naprawdę uczta. All inclusive. Bóg się troszczy bardzo! Rzucajcie wszystko i przyjeżdżajcie.

Blog Wiolety Łosinieckiej dostępny pod adresem: nadmorskipamietnik.blogspot.com.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10
    11 12 13 14 15 16 17
    18 19 20 21 22 23 24
    25 26 27 28 1 2 3