Czysta ewangelia

„Jestem absolutnie przekonany, że ta kobieta była święta” – mówi o Józefie Mikowej bp Grzegorz Ryś

Reklama

Choć całe swe życie poświęciła walce o polskość Orawy, pochowana jest w Krakowie, bo tu zmarła śmiercią męczeńską po  wielomiesięcznych brutalnych przesłuchaniach prowadzonych przez gestapo. Ich szczegóły znamy z pamiętnika ks. Ferdynanda Machaya, brata Józefy, który zdążył jeszcze odwiedzić ją w więziennym szpitalu, zanim dostała śmiertelny zastrzyk fenolu.

Krzyżem po głowie

Józefa była aktywnym członkiem Tajnej Organizacji Wojskowej, nosiła pseudonim „Ryś”. Jej zadaniem było tworzenie siatki konspiracyjnej na terenie Krakowa. Robiła to pod przykrywką działalności charytatywnej, mieszkała na plebanii kościoła sióstr norbertanek, gdzie jej brat był proboszczem. Kobietę, która ją zdradziła, spotkała później w szpitalu. Ta przyznała się, co zrobiła, mówiąc, że wydała ją dlatego, że Niemcy zagrozili zabiciem jej męża. Powiedziała: „Dlatego ciebie wydałam, bo wiedziałam, że ty nie wsypiesz już nikogo”. Są liczne świadectwa, że Józefa wybaczyła tej kobiecie. Mówią też one o niespotykanej sile ducha, która pozwoliła jej nie załamać się podczas śledztwa. „Chyba Bóg pomnożył moje siły. A może miłość wielkiej sprawy, której służyłam wiernie. Zresztą tylko wypełniałam obowiązek wobec Ojczyzny, której w dzieciństwie nie znałam, a którą cierpieniem pokochałam” – pisała w liście do swojej przyjaciółki Wandy Kurkiewiczowej. Torturowano ją na Montelupich i w zakopiańskiej katowni Palace. Opisy prześladowań zachowały się w wielu wspomnieniach. – Mną najbardziej wstrząsnęło, jak była przesłuchiwana w Zakopanem przez swoich byłych uczniów, których przygotowywała do bierzmowania. Najbardziej bolało ją to, że taki jeden tłukł ją po głowie krzyżem, który od niej dostał na bierzmowanie – mówi bp Ryś.

Kto Polakiem się urodził…

Józefa przed wojną była nauczycielką i katechetką w Lipnicy Wielkiej. Wraz z mężem Emilem krzewili polskość na Orawie – można powiedzieć, że na wszystkich frontach. Uczyli nie tylko języka i kultury, ale także uprawy, sadownictwa, pszczelarstwa. Emil Mika doczekał się miana „orawskiego Kolberga”, ze względu na wielkie zasługi w badaniu i popularyzacji tamtejszego folkloru. Wraz z żoną prowadził zespół „Orawiacy”, którego repertuar stanowiły pieśni i tańce opracowane przez Mikę. Zespół przyciągał młodzież, dawał bowiem możliwość podróżowania, poznawania kraju i ludzi. Ale folklor był w tamtych latach przede wszystkim drogą do odkrywania własnych korzeni. Ks. Machay w swoich pamiętnikach przyznaje, że do polskości doszedł właśnie przez kulturę i język. Z kolei Piotr Borowy, inny wielki bohater Orawy, zawsze podkreślał, że walka o polskość była tu mocno związana z walką o katolicyzm. „Jeśli chcecie, by wasza wiara była uszanowana, musicie być w Polsce” – mawiał swoim krajanom. Nie była to tylko teoria w gorących latach po I wojnie światowej, gdy ważyły się losy przynależności terytorialnej Orawy. Represje Czechów (bo to oni, a nie Słowacy byli głównie wysyłani przeciw Polakom) w bezwzględny sposób dotykały i języka, i wiary. Jozefa Machayówna za swą walkę o polskość tych ziem była cztery razy wtrącana do więzienia. Świadectwem żarliwej wiary i umiłowania ojczyzny jest zachowany do dziś jej pamiętnik z 1919 roku. Strofuje w nim samą siebie za normalne przecież w tym wieku tęsknoty, pisząc: „Kto Polakiem się urodził, cierpieć musi”.

Ani za cały świat

Już wówczas represje znosiła w sposób wzbudzający podziw. Mimo młodego wieku więźniarki wybierały ją na swoją reprezentantkę wobec oprawców. Na wolności demonstracyjnie obnosiła się ze swoją polskością, chodząc w czapce z orzełkiem. Kiedyś po wyjściu z kościoła dwóch czeskich żołnierzy zażądało, by go oderwała. Odpowiedziała im: „Ani za cały świat”. Więc sami tego orzełka zerwali. „Tylko świeże wspomnienia o zabójstwach w Piekielniku i gotowe do strzału rewolwery pozwoliły mi zapanować nad sobą” – zapisała w pamiętniku. W 1920 roku Józefa miała zaledwie 23 lata, ale już tak duży autorytet, że potrafiła powstrzymać gniew mieszkańców Lipnicy, którzy 4 lipca, nie godząc się z podziałem wsi, powyrywali i połamali słupy graniczne, a potem chcieli się policzyć z delegacją Międzynarodowej Komisji Plebiscytowej. Puścili ją dopiero po interwencji Machayówny. Dwa lata później wyszła za mąż za Emila Mikę, nauczyciela i organistę w miejscowym kościele. Odtąd już oboje działali na rzecz polskości swojej małej ojczyzny. On – kierując zespołem, ona – prezesując Towarzystwu Szkoły Ludowej. Przygotowywali przedstawienia teatralne i uczyli uprawy, a gdy nieuchronnie zaczęła się zbliżać kolejna wojna, oboje włączyli się w konspirację. Józefa została wywiadowcą już wiosną 1939 roku. Ze względu na biegłą znajomość słowackiego i węgierskiego odbywała podróże po drugiej stronie granicy, składając raporty w II Oddziale Sztabu Generalnego WP. Wybuch wojny zaskoczył Mików podczas szkolenia wywiadowczego w Zakopanem.

Święta odeszła

Gestapo ścigało ich od pierwszego dnia wojny, doskonale wiedząc, z kim mają do czynienia. Dlatego Mikowie uciekli do Krakowa, ale nie bacząc na ryzyko, od razu włączyli się tam w działalność Tajnej Organizacji Wojskowej. Wpadli jednocześnie, ale zaraz ich rozdzielono. Emil, mocny duchem, ale słaby fizycznie, zmarł na czerwonkę już w listopadzie 1941 roku w KL Auschwitz. Bardzo długo ukrywano ten fakt przed żoną. Józefa też miała trafić do Oświęcimia, ale lekarzom udało się umieścić ją w więziennym szpitalu. Dzięki jej bratu zachował się niezwykły opis męczeństwa Józefy. Jest tam także opowieść o tym, jak po 13 dniach pobytu o głodzie w ciemnicy ktoś wrzucił jej przez judasz kawałek czarnego chleba. Ponieważ wcześniej kilka razy podsuwano jej jedzenie nafaszerowane środkami wzmagającymi męki, nie chciała wziąć go do ust. Ale usłyszała od klawisza słowa „Szczęść Boże”. Wtedy wzbudziła w sobie intencję zjedzenia tego chleba, okruch po okruchu, jako Komunii. Wypowiedziała przepiękną modlitwę, która jest zapisana we wspomnieniach ks. Machaya. – Pamiętam, że gdy czytałem ten tekst pierwszy raz, to się popłakałem, choć zasadniczo rzadko płaczę – mówi bp Grzegorz Ryś. Umarła 14 października 1942 r., prawdopodobnie w efekcie śmiertelnego zastrzyku. „Święta odeszła” – powiedziała wówczas jedna z więźniarek. Ks. Machay zanotował, że oficer, który wydawał mu ciało siostry, powiedział: „Gdybyście mieli dziesięć takich kobiet w kraju, to nas by tu nie było”. Nawet morderca miał wyczucie jakiejś absolutnej wielkości, z którą się zderzył.

To mi się może przydać

Jeszcze trwała wojna, a ks. Ferdynand Machay już organizował drogę pielgrzymią, która prowadziła do miejsc świętych w Krakowie po to, by dawać nadzieję i siłę przetrwania. Grób pani Józefy na Cmentarzu Salwatorskim był jedną ze stacji tej drogi do świętości. – To dość nietypowa sytuacja, że brat potrafił zobaczyć w siostrze świętość – zauważa bp Ryś. Jego zdaniem to, co wydarzyło się w katowniach – krakowskiej i zakopiańskiej – jest świadectwem niesłychanego heroizmu. – Wytrzymać to wszystko… A potem jeszcze pojednać się przed śmiercią z kimś, kto cię wydał? Ze zdrajcą? To przecież czysta ewangelia! – mówi z przekonaniem.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12