Misja Boston

W każdej chwili gotowi są spakować swoje rzeczy i ruszyć w nieznane. Nie boją się. Mówią, że jak się doświadczyło, że Pan Bóg troszczy się o najmniejszy szczegół w życiu, to nie ma się czego bać, nawet w wielkiej Ameryce, do której jadą na misje.

Reklama

Jana. To imię wybrała sobie na chrzcie ośmioletnia Eugenia. Pamięta dobrze ten dzień. Wigilia św. Jana, stąd właśnie takie imię. Chrzest przyjmowała z mamą na Łotwie podczas wakacji. Wtedy na Białorusi w Homlu, gdzie mieszkała, parafie nie funkcjonowały. Tak było do czasu, gdy na misje przyjechał młody prezbiter z rodzinami z Drogi Neokatechumenalnej: jedną z Hiszpanii i jedną z Lublina. – Patrzyliśmy na tych ludzi, jak żyją, wierząc, że Pan Bóg się o wszystko zatroszczy, jak rozwiązują różne trudności i jak mówią o Jezusie, i chcieliśmy żyć tak samo. To dzięki nim w naszym wielkim mieście zaczął rodzić się Kościół i dziś jest żywym znakiem Jezusa Chrystusa pośrodku postsowieckiej cywilizacji śmierci – opowiada Jana.

Dzień po swoich 18. urodzinach przyjechała do Lublina na studia psychologiczne na KUL. Na Białorusi szkoła kończy się szybciej niż w Polsce. – Mój tato chciał, bym studiowała za granicą. Polska była nam bardzo bliska, bo moja babcia była Polką. Poza tym ksiądz z naszej parafii pochodził z Lublina, no i jedna z rodzin, które były u nas na misji, też – mówi Jana. Tu koniecznie chciała znaleźć wspólnotę neokatechumenatu, który tak bardzo pomógł jej na Białorusi uwierzyć w Boga i zaufać Mu we wszystkim. Trafiła na spotkanie w parafii Świętej Rodziny w Lublinie. Pamięta dokładnie, że wprowadzenie do czytania liturgicznego głosił wtedy młody przystojny chłopak w niebieskiej koszuli.

Wszystko dał mi Kościół

Andrzej. Nie pamięta, jak był wtedy ubrany, i dziwi się żonie, że takie szczegóły utkwiły jej w pamięci. Sam, jak przyznaje, długo się przekonywał do wspólnoty. – Dziś wszystko, co mam w życiu, mam od Kościoła, ale trochę czasu minęło, zanim to zrozumiałem. Kościół poprzez Drogę powoli i cierpliwie prowadzi mnie do wiary dojrzałej i uczy, jak żyć nią na co dzień, czerpiąc siłę z łaski chrztu. Jako młody chłopak byłem w oazie, ale jakoś poważnie o życiu nie myślałem. Gdy patrzyłem na rodziny z dziećmi na oazowych rekolekcjach, przerażał mnie ten widok. Myślałem, że mnie to nigdy nie czeka – śmieje się Andrzej, dziś ojciec czterech córek.

Na pierwszej katechezie, na którą poszedł, uznał, że to jakieś niedorzeczności. Więcej się nie wybierał. – To chyba sam Pan Bóg o mnie zawalczył, bo ja na pewno neokatechumenatem nie zachwyciłem się na początku. Po kilku latach od tamtej pierwszej katechezy poszedłem znowu, zaproszony przez kogoś. Spotkania były ciekawe, ale sądziłem, że ze swoją relacją z Bogiem dam sobie radę sam i nie potrzebuję prowadzenia. Byłem lektorem i ministrantem w parafii, kochałem Pana Boga, ale nie żeby zaraz jakoś szczególnie, bo bardziej zajmowały mnie moje własne pomysły na życie. Gdy po jednej z Mszy św. w zakrystii ksiądz błagał, bym pojechał na dwudniową konwiwencję, byłem w szoku, ale jego zachowanie bardzo mnie zaintrygowało, tak że nie śmiałem odmówić – opowiada Andrzej. Przyjechał spóźniony i tak trochę na odczepnego, ale Panu Bogu to wystarczyło.

– Tam zacząłem doświadczać, że Pan Bóg naprawdę się o mnie troszczy. Potem, będąc na Drodze, doświadczyłem, że jeśli chcę żyć w prawdziwej zażyłości z Chrystusem, to muszę iść na całość. Oddać Bogu swe życie i niech robi, co chce – mówi Andrzej. A Pan Bóg chciał na przykład, by skończył studia, które przerwał. – Gdyby nie katechiści, którzy w imię posłuszeństwa prosili mnie, bym wrócił na uczelnię, sam bym się na to nie zdecydował – mówi. No, jeszcze jeden z pięknych Bożych planów zrealizował się we wspólnocie – tu poznał swoją żonę Janę.

Pierogi od sąsiadki

Jana i Andrzej. Oboje są bardzo „charakterni”, jak mówią o sobie, więc o konflikty łatwo. Mimo wszystko co do jednego są zgodni – ich wspólne życie możliwe jest tylko z Panem Bogiem. – To wcale nie oznacza, że nie mamy problemów. Przeciwnie, doświadczaliśmy wielu trudności, łącznie z utratą pracy i brakiem pieniędzy. Pan Bóg nigdy nas jednak nie zawiódł – mówią. – Nikomu z nas ani naszym dzieciom nie zaszkodziło to, że jedliśmy ciągle pieczone ziemniaki. A gdy pożaliłam się Panu Bogu, że mam troje dzieci, z czwartym jestem w ciąży, źle się czuję i mam już tych ziemniaków dosyć, przyszła sąsiadka i przyniosła wielką miskę pierogów. To nie była pani jakoś szczególnie z nami zaprzyjaźniona i na pewno nie wiedziała o naszych kłopotach. Przyszła, bo jak powiedziała, w ciąży pewnie trudno mi gotować, a ona ulepiła za dużo pierogów. Jak mogę mieć wątpliwość? Pan się o nas zawsze troszczy, a największym dowodem na Jego miłość jest to, że buduje nasze małżeństwo, pokazuje, jak prowadzić szczęśliwe życie rodzinne i wychowywać dzieci zgodnie z Ewangelią, daje piękno życia wiarą i radość stawania się chrześcijaninem – mówi Jana.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10