Mimo zamkniętych drzwi

Na kolanach przed Najświętszym Sakramentem 20–30 chłopa z pochylonymi, krótko ostrzyżonymi głowami. W więziennej kaplicy zupełnie inaczej brzmi powtarzane: – Wybaw nas, Panie.

Reklama

Wiedzą, o co proszą – kiwa głową ks. Marcin Górski, kapelan Zakładu Karnego w Czarnem. Po nabożeństwie chowa Pana Jezusa do przedziwnego tabernakulum – drzewa i mówi: – On działa w tym miejscu cuda.

Atak w kaplicy

Chwilę wcześniej spokój miejsca uświęconego obecnością Najświętszego Sakramentu zderzył się z realiami więziennego świata. „Grypsującemu” udało się wykorzystać moment przygotowania do Mszy św. i uderzyć w twarz „nie-grypsującego”. Atak trwał tak krótko, że trudno się zorientować, co naprawdę się stało i kim był napastnik. Strażnicy więzienni błyskawicznie opanowali sytuację. Wyprowadzili z kaplicy grupę grypserów, którzy mogli stanowić zagrożenie. – Takie rzeczy się nie zdarzają! Nie w kaplicy! – ks. Marcin kipi ze złości, kiedy wpada do zakrystii. Atak w kaplicy oznacza, że agresywnym prowodyrom zostanie cofnięty przywilej uczestnictwa w Godzinie Miłosierdzia i katechezach. Dla bezpieczeństwa tych, którzy nie chcą wchodzić w świat grypsujących. I dla przykładu. Msza św. odwołana. Więźniowie, którzy zostali w kaplicy, odmawiają przed Najświętszym Sakramentem Koronkę do Bożego Miłosierdzia i Litanię do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana. Po „Pociecho płaczących” i „Nadziejo pokutujących” szczególnie mocno roznosi się po kaplicy gromkie „Wybaw nas, Panie”. Wieczorem dostaję telefon od ks. Marcina. – Wiesz jaka była dzisiaj Ewangelia? Pan Jezus wyrzucił przekupniów ze świątyni… – mówi. Przypadek?

Dobra sianie

– Złemu nie podoba się ani Koronka, ani nowy konfesjonał, ani rekolekcje, a już najbardziej to, kiedy ktoś opowie się za Chrystusem – mówi ks. Marcin. Wybranie Ewangelii bywa trudne po naszej stronie murów, a co dopiero tutaj. Jeśli w więzieniu chce się postawić na Chrystusa, to trzeba iść pod prąd. – To jest kilka godzin w ty- godniu w kaplicy, a potem strasznie trudno walczyć o siebie w imię Jezusa, nie dać się złamać. Nam się wydaje, że trudno walczyć o naszą świętość w pracy, wśród znajomych czy sąsiadów. Życzyłbym każdemu, kto tak myśli, żeby przyszedł powalczyć za kratami. Zobaczyłby, co to znaczy być mężnym w wyznawaniu wiary, kiedy wraca się do ośmioosobowej celi. Po męsku im mówię: trzeba mieć jaja, żeby żyć Ewangelią – opowiada kapelan. W czarneńskim zakładzie jest prawie 1500 osadzonych. Także te „najcięższe przypadki”, z kontem obciążonym dożywociem. Ks. Marcin nie lubi statystyk. Z pobieżnych obliczeń wie, że w duszpasterstwie uczestniczy ok. 10 proc. osadzonych. – Ja się na to nie zżymam. Uczę się tu czekania. Na informację w skrzynce, na chęć rozmowy – tłumaczy. Każdego roku ktoś przyjmuje chrzest, Komunię i bierzmowanie. Przychodzą z ciekawości i odkrywają Pana Boga. Po bierzmowaniu, jak na wolności, niektórzy zostają i świetnie funkcjonują w duszpasterstwie, inni – znikają. Kapelan cieszy się z każdego przychodzącego. – Ja nie osądzam. Oni już mieli swojego sędziego na rozprawie, drugi Sędzia osądzi ich na sądzie ostatecznym. Interesuje mnie człowiek tu i teraz. Skoro przyszedł, musze zrobić wszystko, żeby mu pomóc – mówi. Po czterech latach nie ma wątpliwości, że dwa najlepsze miejsca pracy księdza to hospicjum i więzienie. – I tu, i tam dotyka się głębi ludzkiego cierpienia związanego z chorobą albo spowodowanego grzechem. Pan Bóg daje mi dowody, że jestem tu potrzebny. Czasami człowiek jeszcze dobrze nie posieje, a już zbiera plony – dzieli się kapelańskimi przemyśleniami.

Początek na końcu świata

Dla tych z zewnątrz tu jest koniec świata. Dla niektórych – jak dla Roberta – jego początek. Drobny, z wyglądu jakby niepasujący do tego miejsca, cicho odpowiada na pytania. Za kratami spędził 12 lat. Do odsiadki została mu… reszta życia. On jest z tych „paradoksów”. Swoją wolność odnalazł w więzieniu. – Słowo Boże pomogło mi zrozumieć, co tak naprawdę zrobiłem. Jak się je przyjmie, idzie się już zupełnie innym torem myślenia – mówi młody mężczyzna. Stracił wszystko: rodzinę, dziecko, wolność. Z rozpaczy próbował odebrać sobie życie. – Zacząłem pisać listy. Wiele osób nie odpowiedziało. Nie dziwię się właściwie. Napisałem prawdę. Jeden z zakonników przysłał mi „Dzienniczek” s. Faustyny. Długo leżał i mnie wołał. Jak przestałem się bronić i zacząłem czytać, zatrzymałem się w miejscu, w którym s. Faustyna prosiła Pana Jezusa, żeby skierował na nią winy wszystkich grzeszników. To mnie poruszyło – cicho opowiada swoją historię. Dzisiaj korespondencyjni przyjaciele są jego rodziną. – Jakby mi ktoś wtedy powiedział, że zakonnica-urszulanka zostanie moją najlepszą kumpelą, to dostałby po ryju – mówi z rozbrajającą szczerością. Kiedy zaczął się uczyć angielskiego, zastanawiał się po co. – Po pięciu latach dowiedziałem się po co: jak przyjechał o. James Manjackal, mogłem z nim porozmawiać – tłumaczy Bożą arytmetykę. – Byłem okrutnym człowiekiem. Zabić człowieka było dla mnie jak splunąć. Może są tacy, którzy będą kpić, że taki szuka teraz usprawiedliwienia. Ale ja wiem, że kiedy Bóg dotknie serca, nie ma takiej siły, która mogłaby Go zatrzymać. Daje ci czas, żeby samemu podejść do krzyża i pozwolić Mu działać – dodaje po chwili, tak, że ledwie można go usłyszeć.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    31 1 2 3 4 5 6
    7 8 9 10 11 12 13
    14 15 16 17 18 19 20
    21 22 23 24 25 26 27
    28 29 30 31 1 2 3
    4 5 6 7 8 9 10