Spotkałem świętego

Czyli moja prywatna litania.

Reklama

Babka Stefania. Miała cudowny głos. Nucąc pieśni nabożne budziła nimi domowników. Nic zatem dziwnego, że dzieciństwo kojarzę z miejscem, gdzie było ustawione łóżeczko i ze śpiewem Godzinek, którymi rozpoczynała dzień. O nauce pacierza i zapoznawaniu z topografią parafialnego kościoła pisać nie będę, bo dla jej pokolenia to były zadania oczywiste. Jest jednak coś, czego przeoczyć nie można. Ten cudowny głos potrafił wyrazić zachwyt, ból, lęk, nadzieję, złość. Ale nie pamiętam, by kiedykolwiek używała wulgaryzmów. Dziś, gdy czasem gubię się, albo uciekam przed życiem jak wtedy, do dziadkowego parku, mam wrażenie, że biegnie za mną i woła: Włodziu, Włodeczku, Włodziuniu…

Ks. Wojciech Krupop. Właściwie nie znaliśmy jego imienia. Ale i on naszych nie pamiętał. Wszyscy byliśmy Pietrkami. Nie trzęsące się ręce i głowa zwracały uwagę, ale ta dobroć promieniująca z twarzy. Wydająca się być aż niemożliwą u człowieka, na którym w strasznych czasach przeprowadzano eksperymenty medyczne. Ile godzin, miesięcy, lat, spędził w konfesjonale, spowiadając swoich ukochanych Pietrków i Zosie? Ile lat był moim spowiednikiem? Ile książek pięknie oprawionych po sobie zostawił? Czasu nie wróci, ale marzę o chwili, gdy wracając z konfesjonału trzęsącą się ręką do piersi przyciśnie, po głowie pogłaszcze szepcząc Pietruś…

Babcia Mirka. Żadne więzy krwi. Ale od momentu, gdy się pojawiła, zawsze była babcią. Nauczycielka życia, wyrozumiała dla młodych, gniewnych i zbuntowanych. Ową wyrozumiałość łącząca ze stanowczością, jakiej nikt nie odważył się sprzeciwić. To ona na odjezdne podsunęła mi małą książeczkę księdza Okońskiego „Na rozdrożu”. Jakby wiedziała… Także dzięki niej spotkałem na swojej drodze innego świętego…

Boży gwałtownik. Najpierw było spotkanie w Namiocie Światła. Twarz promieniująca pokojem i wizja żywego Kościoła. Potem niezapomniana Eucharystia w kaplicy Dobrego Pasterza. Gdy kilka lat później mój słownik wzbogacił się o słowo „liturg”, kojarzyłem je z tamtym porankiem. W tak dużej grupie nie było szansy na rozmowę, zadanie pytań. Więc nadrabiamy teraz. Za każdym razem gdy jestem w Krościenku nie możemy się nagadać.

Pani Regina. Poznaliśmy się na oazie chorych w Licheniu. Ona skulona, na wózku, z kolanami niemalże przy brodzie, nigdy nie narzekała. Kiedyś dziewczyny zapytały ją co robi, że mimo ciężkiej choroby ma taka piękną cerę na twarzy. Ja – odpowiedziała zdziwiona – używam tylko szarego mydła. Była matką dla nocnych dyżurnych. Po północy można było położyć się na jej łóżku i trochę zdrzemnąć. Nigdy nie zawiodła. Gdy jestem zmęczony i przymykam oczy mam wrażenie, że kiwa do mnie ręką oplecioną różańcem i szepcze do ucha: połóż się, odpocznij, ja cię obudzę…

Noc Wszystkich Świętych. Ilu ich spotkałem? Ilu jeszcze spotkam? I jak wielki to dar Boży – spotkać świętego…


 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Autopromocja

    Reklama

    Reklama

    Reklama

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    26 27 28 29 30 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    31 1 2 3 4 5 6